26.09.2020
RECENZJE
EXLIBRIS - Shadowrise

THE BLACK NOODLE PROJECT - Code 2.0

KRŮK - Nibykwiaty

SPARKS – A Steady Drip, Drip, Drip

BATUSHKA – Раскол/Raskol

ABEL GANZ - The Life of the Honey Bee and Other Moments of Clarity

STEEL PROPHET - The God Machine

DEEP PURPLE - Whoosh!

BOB DYLAN - Rough And Rowdy Ways

KONTRKULTURA - Wszystko Już Powiedziane

VERBAL DELIRIUM - From The Small Hours Of Weakness

OSTA LOVE - About Time

SBB - Jerzyk

CHAOS OVER COSMOS - The Ultimate Multiverse

HOVERCRAFT - Fall

PIOTR DAMSE - Inside Outside

H-ONE - MMLXIX

ALBION - Albion

COLIN BASS /DANIEL BIRO - Still

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - We Are The Night

BLACKLIGHT - Follow the Future

WAVE - [Dream]

DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - G » Lee, Geddy - 2000 - My Favourite Headache
Lee, Geddy - 2000 - My Favourite Headache
GL

1. My Favorite Headache (3:33)
2. The Present Tense (3:25)
3. Window to the World (3:01)
4. Working at Perfekt (4:59)
5. Runaway Train (4:31)
6. The Angels' Share (4:34)
7. Moving to Bohemia (4:25)
8. Home on the Strange (3:47)
9. Slipping (5:05)
10. Still (4:29)
11. Grace to Grace (4:57)


Rok wydania: 2000
Wydawca: Atlantic
http://www.rush.com/band/geddy-lee/




W dziejach muzyki rockowej istnieje chyba tylko jedne takie trio, którego gra jest tak bogata jakby był to co najmniej kwintet. To chyba jedyny muzyczny trójkąt którego boki tworzą constans, tzn. nie ulęgają zmianie od przeszło czterech dekad. Jest to jedyne takie trio, które nie zdradziło swych muzycznych ideałów grając ciągle swoje, nie spoglądając na mody i trendy, inspirując swą muzyka już trzy pokolenia rockowych wyznawców. Mowa oczywiście o ponadczasowej grupie RUSH. Grając z sobą (oczywiście z krótszymi lub dłuższymi przerwami między kolejnymi wydawanymi płytami), praktycznie od roku 1974 roku, więc można powiedzieć od ukazania się pierwszego zarostu na ich młodzieńczych twarzach aż do dnia dzisiejszego, kiedy zarost ten pokryła już siwizna. Grając razem już tyle lat, rzadko zdarzały im się "skoki w bok", rzadko ale jednak się zdarzyły...

Mowa oczywiście o solowej płycie Geddy'ego Lee - "My Favorite Headache". Płyta powstała w okresie dosyć długiej przerwy pomiędzy albumami "Test For Echo"(1996) a "Vapor Trails"(2002), w trudnym okresie kiedy to z powodu problemów osobistych Neila Pearta (perkusisty grupy), ich muzyczny byt zawieszony był w próżni. Przerwę tą wykorzystał najpierw Alex Lifeson, wydając w 1996 roku, pod pseudonimem VICTOR swoją pierwsza i jedyną płytę solową. Maestro Geddy Lee postąpił podobnie, racząc nas w 2000 roku swoją "muzyczną bolączką".

Jaka jest ta solowa płyta Geddy-ego ? Jego "Ulubiony ból głowy" praktycznie mało różni się od typowej, "napadowej", "rushowej" bolączki, na jego muzycznej, prywatnej karcie można by zaznaczyć ten sam symbol choroby (na tą chorobę nie ma lekarstwa). Jego solowy album powstał również na zasadzie tercetu, towarzyszą mu: Ben Mink grający na gitarach oraz Matt Cameron na perkusji. To "trójkątny" trzon tego muzycznego projektu ale pojawiają się i inne nazwiska, które w większym lub mniejszym stopniu ubogacają muzykę tej płyty. Mamy tutaj 11-cie utworów, i od pierwszego, tytułowego "My Favorite Headache", po zamykający "Grace to Grace", to przepełniona "rushową" aurą, świetna rockowa jazda.

Co różni solowe dzieło Geddy Lee od typowych, klasycznych płyt grupy Rush? Wydaje się, że partie basu są tutaj nieco bardziej "wysunięte do przodu", co nie powinno dziwić, przecież to solowa płyta Geddiego, a jego podstawowym instrumentem jest właśnie gitara basowa. Jest też nieco akustyczniej ("The Angels' Share"). Na płycie można znaleźć także więcej, niż na płytach grupy Rush, symfonicznych smaczków ("Working at Perfekt", "Moving to Bohemia") . Gitarzysta Ben Mink Lifesonem nie jest, ale wywiązuje się z powierzonej mu roli całkiem przyzwoicie.

Solowe dzieło Geddiego Lee z pewności nie przebije klasyków grupy Rush pokroju "Hemispheres" czy "Moving Pictures" i chyba też nie o to chodziło artyście, aby się ścigać z legendą którą sam współtworzył. Jednego jestem pewien, jeśli nie znacie tej płyty a cenicie twórczość grupy Rush powinniście jak najszybciej to zmienić, z pewnością nie będziecie zawiedzeni, niech was o to głowa nie boli...

8/10

Marek Toma
Komentarze