09.07.2020
RECENZJE
HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - U » Uriah Heep - 2011 - Into The Wild
Uriah Heep - 2011 - Into The Wild
UH1. Nail On The Head
2. I Can See You
3. Into The Wild
4. Money Talk
5. I'm Ready
6. Trail Of Diamonds
7. Southern Star
8. Believe
9. Lost
10. T-Bird Angel
11. Kiss Of Freedom

Rok wydania: 2011
Wydawca: Frontiers Records




To już 23 studyjny album niestrudzonych weteranów z Uriah Heep. Co prawda z oryginalnego składu ostał się jedynie gitarzysta Mick Box, ale wokalista Bernie Shaw i klawiszowiec Phil Lanzon są w tej kapeli już od 25 lat (czyli prawie 4 razy dłużej niż David Byron), basista Trevor Bolder ma jeszcze bogatszy staż i tylko Russell Gilbrook, który w 2007 roku zastąpił za bębnami borykającego się z problemami zdrowotnymi Lee Kerslake'a może "robić" w tym towarzystwie za nowicjusza.
Patrząc na długą i zawiłą karierę Brytyjczyków nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ponad cztery dekady wstecz panowie trafili bezbłędnie z nazwą. Grupa - niczym bohater powieści Dickensa - nie miała tej "iskry bożej", jakiegoś błysku (pomijam "Lady In Black", "July Morning" i niemal cały krążek "Demons & Wizards"), które cechowały dajmy na to dzieła Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple (do których najczęściej porównywano "Jurajkę") - za to dzięki uporowi i mozolnej pracy - udało jej się wspiąć na wyżyny popularności. Upadek - podobnie jak powieściowego Uriaha Heepa - był jednak szybki i bolesny. Jeszcze w najlepszym składzie zespołowi przytrafiały się ewidentne wpadki, słabiutkie płyty, a nad ich dokonaniami w drugiej połowie lat siedemdziesiątych oraz w następnej dekadzie lepiej spuścić zasłonę milczenia...
I oto nagle stał się cud. W połowie lat dziewięćdziesiątych w Uriah Heep jakby wstąpił nowy duch. Zespół przygotował trzy solidne płyty studyjne, znalazł sobie wygodną niszę, do dziś z powodzeniem koncertuje po świecie (rocznie daje nawet 250 występów w różnych częściach świata).
Hmmm, miało być o "Into The Wild", a wyszedł nieco przydługawy wstęp z historycznymi dygresjami. Może dlatego, że... właściwie nie ma się nad czym rozpisywać w przypadku tego albumu. Nie dlatego, że jest zły. Nie... Po prostu jest do bólu rzetelny (aż korci mnie napisać: rzemieślniczy) i przewidywalny. Podoba mi się brzmienie "Into The Wild": szlachetne i klasyczne, ale kompozycyjnych wzlotów na miarę tych z lat siedemdziesiątych trzeba by tu szukać ze świecą. Może "Trail of Diamonds" oraz "Southern Star" wystają ponad solidną średnią. Można też wyróżnić utwór tytułowy z fajnym klawiszowym wstępem.
Po kilku przesłuchaniach można się nawet z tą płytą zaprzyjaźnić. Dobrze, że przygotowali taki materiał, a nie koszmarek w stylu "Fallen Angel"...

7/10

Robert Dłucik
Komentarze