19.02.2020
RECENZJE
BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio

HALFORD - Resurrection

YENISEI - The Last Cruise

ORGANIC NOISES - Organic Noises

ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain

TWILIGHT FORCE - Dawn Of The Dragonstar

ŁUKASZ DRAPAŁA & CHEVY - Potwory

THE RYSZARD KRAMARSKI PROJECT - Mr. Scrooge

SCYLLA - Apex + Beneath


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - I » In Flames - 2004 - Soundtrack to Your Escape
In Flames - 2004 - Soundtrack to Your Escape
IF1. F(r)iend (3:27)
2. The Quiet Place (3:45)
3. Dead Alone (3:43)
4. Touch of Red (4:13)
5. Like You Better Dead (3:23)
6. My Sweet Shadow (4:39)
7. Evil in the Closet (4:02)
8. In Search for I (3:23)
9. Borders and Shading (4:22)
10. Superhero of the Computer Rage (4:01)
11. Dial 595-Escape (3:48)
12. Bottled (3:06)
13. Discover Me Like Emptiness (bonus) (4:17)

Rok wydania: 2004
Wydawca: Nuclear Blast
http://www.inflames.com/




Te kilka lat, okres zmiany stylu i porzucenia szwedzkich korzeni, przyniosło In Flames nie tylko wielkie fale krytyki. To również moment przebicia się do ścisłej światowej czołówki muzyki metalowej, początek przeogromnej popularności. Niemało do tego stanu rzeczy wniosła siódma płyta grupy, w której coraz mniej zaczynało znaczyć nazwisko Strömblad – „Soundtrack to Your Escape”. Wbrew pozorom, chłopakom jeszcze całkiem daleko było do grania – jak to się mówi – komercyjnego, nawet jeżeli krążek sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Och, wręcz przeciwnie.

To najtrudniejsze dzieło In Flames. Najtrudniejsze do ogarnięcia, rozróżnienia, zrozumienia i osobistej interpretacji. Zarówno w sferze muzycznej, jak i przesłaniu lirycznym – wiele przeszkód stanie na drodze słuchacza, zanim spokojnie powie: „Już kumam”. Szwedzka formuła, tak dalece przewartościowana na „Reroute to Remain”, idzie o krok dalej. Utworom odebrano gitarowe kanty na rzecz częstej ściany dźwięku, dzięki czemu pierwszy plan zdominowała elektronika – szaleńcza, quasi-dyskotetowa, chłodna i – przede wszystkim – pasjonująca. Słowo-klucz. Kompozycje zlewają się w istnie nowofalowy kompot, początkowo cholernie podobne, nieatrakcyjne, ale wciąż, jakimś dziwnym sposobem, magnetyczne. Brnie się dalej, słucha ponownie, raz jeszcze, jeszcze i znów. Żabi rzekot Fridéna odkrywa powoli pokłady melodii (zawartej, jak łatwo się domyślić, głównie w refrenach), ta zaś, do pary z niesamowitym użyciem elektroniki, uzależnia. To, co na początku błędnie nazwałem nieróżnorodnością, jawi się po czasie jako diabelska spójność. Pod kontrowersyjną skorupą dostrzegamy ogromny skarbiec emocji. Przykryty samoświadomością czy też ironią smutek. Mijają tygodnie, a skomplikowana sktruktura „Soundtrack to Your Escape” odkrywa wszystkie karty, niczym powtarzana trzeci lub czwarty raz książka. I nasze brzydkie kaczątko zaczyna niespodziewanie błyszczeć.

Nie dziwi mnie niechęć do tego wydawnictwa, nie dziwią wzruszające słowa pochwały. Przy tak daleko idącej ambicji zespół z pewnością liczył się nawet z najbardziej mieszanym odbiorem. Nie powiedziałbym też, że ktoś, komu ten album, mimo wielokrotnego przesłuchania, nie może uderzyć do głowy, nie potrafi „odpowiednio” słuchać. Są pewne rodzaje przekazu i emocji, które nie trafią do wszystkich. Ale zapewniam, że jeżeli przeszedłeś w życiu przez wiele gówna, zagłębienie się w sens „Ścieżki dźwiękowej” przypomina spojrzenie w pęknięte lustro. Uczucie sadystycznego katharsis. Nie wierzę, aby te teksty powstały z przymusu – ot, mamy fajne melodyjki, napiszmy pseudogłębokie linijki, żeby dzieciaki miały się czym podniecać. Anders wyciągnął wiele brudu z własnego życia, pozbył się go właśnie tutaj. „Save yourself, don’t end up zero”, zdaje się głosić motto. Uciekaj, bo czasem to jedyne, co może Cię uratować.

Nie padły żadne tytuły jeszcze, czyż nie? Bo i trudno coś wyróżnić, oprócz tych mniej udanych rzeczy (coś w pierwszej połowie płyty zgrzyta, bodaj „Dead Alone” albo „Touch of Red”) i absolutnie perfekcyjnej ballady (sic! Wspominałem, że będą się już takie tworki pojawiać w twórczości Szwedów), „Evil in the Closet”. Większość kompozycji trzyma jeden, bardzo wysoki poziom, pieszcząc uszy bezwzględną brutalnością, chłodnym klimatem i zakleszczającymi się w pamięci refrenami. Każdy znajdzie tutaj inne szczyty, więc bardziej zachęcam do samodzielnego decydowania.

Gdy planowałem ten ogromny cykl tekstów, byłem niemal pewny, że siódme dzieło In Flames skrytykuję. Wiele tygodni „katowania się” (słusznego, bo tylko w ten sposób potrafię wyciągać z materiału potrzebne doświadczenie) muzyką pokazało, iż tak naprawdę wiedziałem o niej wyjątkowo niewiele. Pozory rozmyły się w powietrzu, a prywatny ranking ulubionych płyt wywinął orła. O „Soundtrack to Your Escape” napisałem wyjątkowo osobiście, więc już wiesz, drogi Czytelniku, że album ten, właściwie na przekór, bardzo szanuję. Uważam go za najlepszy twór tej „generacji” Szwedów, czyli trzech płyt nie sygnowanych logiem, zrywających z dorobkiem lat dziewięćdziesiątych. Na przekór też, specjalnie, nie polecam. Bo to duże ryzyko.

8/10


Adam Piechota


Komentarze