09.07.2020
RECENZJE
HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - Q » Queensryche - 1994 - Promised Land
Queensryche - 1994 - Promised Land
Queensryche - 1994 - Promised Land

1. 9:28 a.m.
2. I Am I
3. Damaged
4. Out of Mind
5. Bridge
6. Promised Land
7. Disconnected
8. Lady Jane
9. My Global Mind
10. One More Time
11. Someone Else?

Rok wydania: 1994
Wydawca: EMI
http://www.queensryche.com/




Ziemia obiecana

Rok 1994. Cztery długie, bardzo długie lata minęły od poprzedniego krążka - "Empire". Oczekiwania wiernych fanów były ogromne, choć z drugiej strony wielu zwróciło się w stronę ówczesnej grunge'owej mody. Świat zmieniał się drastycznie, a wraz z nim zmieniała się również muzyka. Czy Queensryche unieśli ciężar oczekiwań i zmieniających się upodobań i zainteresowań? Przede wszystkim czy utrzymali wysoki poziom swojej własnej twórczości?

"Promised Land" to płyta wyjątkowa w dyskografii Queensryche. Wyjątkowa z kilku względów. To zupełnie inna muzyka niż poprzednie albumy. Mniej tutaj riffów, typowo metalowych zagrywek, o wiele więcej przestrzeni i klimatycznego grania. Nad tą płytą unosi się mroczna atmosfera, momentami wręcz ponura i przytłaczająca. Nie można powiedzieć, aby twórczość Queensryche była kiedykolwiek jakoś nadzwyczajnie radosna, ale jednak na poprzednich krążkach dawało się znaleźć wiele utworów co najmniej żwawych. Tutaj tego nie uświadczymy. Muzyka jest mroczniejsza ("I Am I"), spowolniona, często stonowana ("Out Of Mind", "Bridge", "Lady Jane", "Someone Else"), momentami wręcz monumentalna ("Promised Land"). Muzycy starają się również trochę eksperymentować, zarówno z formą, jak i z dźwiękami. Słychać to dobitnie w utworze "Disconnected", rozimprowizowanym, a nawet chwilami lekko jazzującym. Całość jednak ma jeszcze jedną wielką zaletę: płyta jest bardzo równa, nie ma na niej wypełniaczy, a układ utworów sprawdza się idealnie.

Nie znajdziemy tu ani jednego typowego przeboju. Każde z nagrań natomiast wymaga od nas całkowitego skupienia. To nie jest muzyka do samochodu, to nie jest album na rockową imprezę. To ambitny, dojrzały i wysublimowany materiał, który zadowoli nas dopiero po kilku podejściach. W tej płycie kryje się niewysłowione piękno, takie utwory jak "Bridge" czy cudowny, zagrany tylko na fortepianie "Someone Else" potrafią wycisnąć niejedną łzę. Generalnie muzyka zespołu nabrała swego rodzaju szlachetności, wkroczyła na wyższy poziom. Do tego trzeba wspomnieć o dojrzałych i inteligentnych tekstach (wspaniały "Bridge"). Queensryche osiągnęli apogeum swoich możliwości twórczych, dojrzeli i skomponowali arcydzieło. Nie bójmy się wielkich słów tam, gdzie one są jak najbardziej na miejscu.

Nagrania brzmią znakomicie, przejrzyście i nowocześnie. To już płyta na miarę lat 90, ale jednak nie brakuje jej zalet poprzedniej epoki. Muzycy nie stanęli w miejscu, nie poszli za łatwym ciosem, jakim byłoby nagranie "Empire 2", lecz z drugiej strony nie do końca wpisali się w modę o nazwie grunge. Znaleźli własne oryginalne brzmienie i nagrali przepiękny album, który, co ważne, brzmi wspaniale i świeżo również po latach. Ba, może właśnie teraz brzmi jeszcze lepiej?

Zespół na przestrzeni 10 lat przebył bardzo długą drogę, aby dotrzeć do punktu, który okazał się być zakończeniem pewnego ważnego okresu w historii Queensryche. Po nim grupa wstąpiła na równię pochyłą, która miała się wyrównać dopiero prawie 20 lat później, w innych okolicznościach, w innym świecie, w innych konfiguracjach personalnych.

Czy to najlepsza płyta Queensryche? Hm, na pewno jedna z trzech najlepszych.

PS
Zawsze utwór "Lady Jane" kojarzył mi się subiektywnie troszkę z kawałkiem Dream Theater "Space-Dye Vest", albo może odwrotnie. Ciekawostką jest to, że "Promised Land" ukazał się dokładnie dwa tygodnie po "Awake".

9/10

Arkadiusz Cieślak
Komentarze