28.02.2020
RECENZJE
OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio

HALFORD - Resurrection

YENISEI - The Last Cruise

ORGANIC NOISES - Organic Noises

ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain


Nawigacja
Artykuły » Relacje z koncertów » 2006.08.26 - David Gilmour - Gdańsk
2006.08.26 - David Gilmour - Gdańsk
Na wyspie" gdzie pięknie rozchodzą się "Echa"


...czyli kolejne wspomnienie Latimera


Wyjzad na koncert Davida Gilmoura miał być jednocześnie mini-urlopem.
Wynajęliśmy pokój w pensjonacie w Odargowie, jakieś 70km. od Gdańska. Bardzo miłe, malutkie miasteczko, właściwie wieś, jakieś 4km. od Dębek. Swoją drogą wybraliśmy się do Dębek rowerami i wystawiłem swoje słabe ciało poważny na szok wydajnościowy. :-) Jednak największy ubaw, a z drugiej strony największa wtopa tego wyjazdu, to sama podróż w dniu konceru. O my God, to był dramat. Postanowiliśmy zostawić samochód i pojechać środkami komunkacji podmiejskiej i miejskiej, aby sobie spokojnie pochodzić po Gdańsku, wypić coś i na luzie udać się na koncert.

Hm, wielkie plany. W Odargowie jest przystanek na żądanie i trzeba mieć szczęście, aby trafić na połączenie. No więc już na tym etapie szczęścia nam zabrakło: staliśmy ponad godzinę na przystanku, żeby nie było wątpliwości, w wielkim deszczu. Zapomnijcie o autobusie, a podobno jeżdżą co pół godziny. Taki lokalny przesąd.

W końcu przyjechał, okazało się, że jedzie do samej Gdyni. Hurra, wtedy wydało nam się, że zza tych ciemnych, burzowych chmur, uśmiecha się do nas jakiś mały promyczek słońca. Jakże się myliliśmy!

Usiedliśmy sobie wygodnie w "szerokich" siedzeniach pojazdu pamiętającego dupska działaczy partyjnych jedynie słusznej ekipy towarzysza Gierka. Po prostu sielanka. A później okazało się, że jedziemy przez Władysławowo i czar prysł. W Gdyni zlądowaliśmy około 16:30, a bramy otwierali o 17-ej. A gdzie to zwiedzanie, a gdzie to piwo?!

Byłem wkuty, zły, mój układ moczowy dopominał się wizyty w toalecie, a do tego zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym jak wrócimy do Odargowa w nocy. No nic, złapaliśmy szybką kolej podmiejską i po parunastu minutach byliśmy pod stocznią.

Wymiana biletów na opaski i już byliśmy pod naszą bramą. Godzina 17-a, wydawało się, że to już. Niestety mija pół godziny i nic poza tym, że tłum gęstnieje. Mój pęcherz wyczynia cuda, czuję krople moczu spływające mi z uszu. Ufff, zaczynam marzyć o pampersie, koncert wydaje mi się błahostką. Wreszcie zaczynają wpuszczać, tłum naciska, w bramce szczegółowa rewizja, do kosza nawet nieotwierane butelki.

Ruszamy na poszukiwanie "zabawek" (Toy-Toy). :-) Kolejka już spora, w końcu zaznaje rozkoszy bliskiej orgazmowi, jestem znów po jasnej stronie księżyca. :-) Dodam, że nic nie jedliśmy, więc udajemy się na poszukiwanie posiłku. I co ciekawe, wszystko w jednej cenie: 6zł. Bierzemy dwie drożdżówki i ruszamy pod scenę. Tam już spory tłumek, ale zajmujemy przyzwoite miejsca jakieś 20-30 metrów od miejsca ceremoni. Jest 18-a, jeszcze 3 godziny, zaczynamy powoli wrastać w murawę. Ludzie za nami napływają falami, po godzinie nie widzę już końca morza głów, czuję narastające podniecenie. Powoli ciemnieje. Scena nie jest zbyt imponująca, z lewej strony widać krzesła dla 40-osobowej okiestry, obok (w prawo) perkusja, klawisze i znowu klawisze.

Nad sceną sześć sporych telebimów podtrzymywanych prze dwa wielkie dźwigi stojące po obu jej (sceny) stronach. Kilka minut przed 21-ą kamerzyści zaczynają się bawić wyłapując w tłumie ciekawe sytuacje, co obrazują telebimy: a to misiu wariujący w czyjejś dłoni, a to komórka z logo "On an Island" lub "Dark side of the moon", tudzież gołymi babkami. Jest naprawdę wesoło, choć gdzieś w tle napięcie rośnie i nieśmiało zerkam na scenę w poszukiwaniu naszych bohaterów. Powoli wszystko gaśnie, zamiera i wycisza się, jest punktualnie 21-a. Nagle czujemy bicie serca płynące z ogromnych głośników i wtedy wiem, że to jest już właśnie to, na co czekałem tyle lat i nie spodziewałem się doczekać. "Speak to me (Breathe)" i "Time" zabrzmiały wspaniale wprowadzając niesamowitą atmosferę. Później Gilmour przywitał się i w kilku oszczędnych słowach zapowiedział, że zagrają teraz cały materiał z nowej płyty, a następnie po piętnastominutowej przerwie wznowią koncert już tylko we Floydowych barwach. "On an island" jest bardzo intymną i spokojną płytą, wręcz momentami akustyczną i zwiewną. Słyszałem obok komentarze, że nudną. Bzdura!!! Jest cudowna, a tytułowy utwór zabrzmiał brawurowo, do tego Gilmour zagrał o wiele dłuższe i niezwykle natchnione solo. Naprawdę tylko słuchać i podziwiać, choć rzeczywiście na tak duży koncert być może niektóre utwory były za spokojne. Fajnie zabrzmiała również orkiestra, zresztą był to jedyny koncert na tej trasie zagrany z orkiestrą, do tego w roli dyrygenta sam Zbigniew Preisner, który aranżował orkiestracje na nowej płycie.
Po przerwie, zgodnie z tym czego się spodziewałem, zagrali "Shine on you crazy diamond" w częściowo akustycznej wersji. Gilmourowi troszkę zaczął się łamać głos, wyższe partie były dla niego niedostępne. Wspaniale śpiewała za to publiczność i ja również wtedy zacząłem się udzielać. :-) Poczułem wówczas, że to jest właśnie to, to jest właśnie ta legenda: PINK FLOYD.

Zagrali wspaniałe utwory z każdej epoki, jednak usłyszałem coś o czym nawet nie marzyłem: "Echoes". Odleciałem, zamarłem, dreszcz podniecenia i zachwytu przebiegł mi po plecach po pierwszych taktach. Te takty to było jednak tylko preludium do absolutnie nieprawdopodobnego wykonania tego kawałka.
Przecudowny, dwudziestominutowy, na wskroś progresywny utwór zagrany z pasją, uczuciem i niezwykłym zaangażowaniem. Do tego kwintesencja i artyzm jeśli chodzi o oprawę wizualną oraz świetlną. Wspaniale to zaaranżowali, naprawdę. Byłem wręcz zmiażdżony. Tylko i wyłącznie dla "Ech" warto było tam być, a przecież nie tylko. :-) Solo Gilmoura pozbawiło mnie układu nerwowego na dobrych parę minut po wybrzmieniu ostatnich nut.

Muzycy również się rozgrzali, widowisko nabrało tempa. Wszystko skończyło się "Comfortably numb" w wersji wydłużonej z nieprawdopodobnym solem Davida okraszonym ponownie bajeczną ferią świateł.
Skróciłem troszkę recenzję, ale pamięć już nie ta. Cóż, reasumując, to był jeden z najwspanialszych koncertów w moim życiu. Najwyższy kunszt, wspaniały warsztat, niezwykły klimat, obcowanie z legendą, muzyka jedyna w swoim rodzaju i pewnie jeszcze tysiąc innych elementów sprawiło, że na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach.








Latimer

Komentarze