31.05.2020
RECENZJE
ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift

EDDIE MULDER - Victory

DIAPOSITIVE - Give Me A Ride

TRANQUILLIZER 247 - Dziesięć

FIREWIND - Firewind

PARADISE LOST - Obsidian

FORCE OF PROGRESS - A Secret Place

KOMETY - Alfa Centauri

RESTLESS - Miasto Grzechu

THE BOOMTOWN RATS - Citizens Of Boomtown

KRZYSZTOF CUGOWSKI – 50/70

AUTOMB - Chaosophy

MUZOZOIC - Jazock?

NAKED ROOT - The Maze

CARNAL FORGE - Gun To Mouth Salvation

IKONODRAMA - Etched in the Spirit

THE MURDER CAPITALS - When I Have Fears

ABYSAL (THE ADAM JURCZYŃSKI PROJECT) - Return To The Live

DEPECHE MODE - Ultra

DELFINIA - Deep Elevation

ŁYDKA GRUBASA - Socjalibacja

IN2ELEMENTS - Cycles

JOHNOSSI - Torch//Flame

SILVERBONES - Wild Waves

THE STROKES - The New Abnormal

ME AND THAT MAN - New Man, New Songs, Same Shit, vol.1


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - L » Labyrinth - 6 Days to Nowhere
Labyrinth - 6 Days to Nowhere

1. Crossroads
2. There Is A Way
3. Lost
4. Mother Earth
5. Waiting Tomorrow
6. Come Together [The Beatles cover]
7. Just One Day
8. What???
9. Coldness
10. Rusty Nail
11. Out Of Control
12. Wolves 'N' Lambs
13. Smoke And Dreams
14. Piece Of Time

Rok wydania: 2008
Wydawca: Scarlet Records




O włoskim zespole Labyrinth wypowiadałem się wiele już razy. Choćby z tego względu, że brdzo cenię sobie dwie skrajnie różne albumy grupy. "Return to heaven's Denied", powermetalowe arcydzieło, oraz progresywny album "Freeman". Niejednokrotnie też ubolewałem nad tym jak zespół z albumu na album coraz gorzej brzmi. Album "6 days to nowhere" recenzowałem już swego czasu na innym serwisie. Zaraz po tym jak album się ukazał. Jednak po niemal półtora roku od wydania postanowiłem przyjrzeć się płycie na zimno. Bez żadnych uprzedzeń, ale też bez teryfy ulgowej jaką często otrzymuje jeden z naszych ulubionych zespołów kiedy wyda gorszą płytę.

W "6 days to nowhere" pobrzmiewa gdzieś jeszcze echo "Freeman", zarówno jeśli chodzi o budowanie kompozycji, jak i subtelne smaczki. Jest to kolejny jednak album grupy, który brzmi gorzej niż poprzednik. Przede wszystkim koszmarnie słychać plastikowy werbel. Jeśli chodzi o same kompozycje, to Labyrinth dalej ma patent na melodie... gorzej z aranżami. To tutaj upatruję pogorszenia brzmienia zespołu (oprócz kulejącej produkcji).
Mamy tu do czynienia ze skomasowaniem dobrych pomysłów, często pozornie kontrastujących. Samo jednak połączenie ich nie jest tak umiejętne jak to bywało na wcześniejszych płytach.
Rekord wielowątkowości bije utwór "Lost" w którym od akustycznego początku przez motyw niemal blackmetalowy, trafiamy na soczyste gitary w stylu flamenco. Wbrew pozorom utwór jest dość spójny. Tylko z brzmieniem mogło by być lepiej.
W kilku motywach akustycznych na albumie słychać wyeksponowaną ładnie przestrzeń... zatem całą winę za "kwadratowe brzmienie" ponosi werbel. Czy producent był głuchy na jedno ucho?

Albumu słucha się więc z mieszanymi uczuciami. Okazuje się nawet, że nie pomaga dystans, który człowiek nabiera po upływie czasu. Z jednej strony wiele jest tu kapitalnych motywów, z drugiej utwory z nich zbudowane są nie tak ciekawie, jak na wcześniejszych albumach. Odnoszę wrażenie, ze te same pomysły kilka lat temu Labyrinth zaprezentowałby nam lepiej.
Na szczęście płyty słucha się dość dobrze, jest to po prostu średniak w dyskografii zespołu.
Cóż, ja na Labyrinth jeszcze kreski nie postawiłem, czekam niecierpliwie na kolejny album.
A na zimno płytę oceniam na siedem z minusem.

6,75/10

Piotr Spyra
Komentarze