28.09.2020
RECENZJE
EXLIBRIS - Shadowrise

THE BLACK NOODLE PROJECT - Code 2.0

KRŮK - Nibykwiaty

SPARKS – A Steady Drip, Drip, Drip

BATUSHKA – Раскол/Raskol

ABEL GANZ - The Life of the Honey Bee and Other Moments of Clarity

STEEL PROPHET - The God Machine

DEEP PURPLE - Whoosh!

BOB DYLAN - Rough And Rowdy Ways

KONTRKULTURA - Wszystko Już Powiedziane

VERBAL DELIRIUM - From The Small Hours Of Weakness

OSTA LOVE - About Time

SBB - Jerzyk

CHAOS OVER COSMOS - The Ultimate Multiverse

HOVERCRAFT - Fall

PIOTR DAMSE - Inside Outside

H-ONE - MMLXIX

ALBION - Albion

COLIN BASS /DANIEL BIRO - Still

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - We Are The Night

BLACKLIGHT - Follow the Future

WAVE - [Dream]

DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine


Nawigacja
Artykuły » Relacje z koncertów » 2019.11.11 - BEAST IN BLACK, MYRATH - Wrocław
2019.11.11 - BEAST IN BLACK, MYRATH - Wrocław

11.11.2019
BEAST IN BLACK + MYRATH
Wrocław, Zaklęte Rewiry


Beast in Black



Kiedy człowiek dowiaduje się, że w jego rodzinnym mieście wystąpi grupa, której twórczość śledzi od lat (czy też od początku działalności), wówczas ogarnia go wielka radość (przynajmniej ja tak mam). Ta jest jeszcze większa, kiedy za jednym razem można zobaczyć nie jeden, a dwa takie zespoły. Dokładnie taka niespodzianka spotkała mnie kilka dni temu - BEAST IN BLACK w towarzystwie MYRATH we Wrocławiu i to jeszcze w dzień moich imienin! Piękny prezent, czyż nie? Wiem, wiem, dla niektórych muzyka (zwłaszcza tego pierwszego) trąci kiczem, ale ja generalnie mam to w dupie - obie formacje tworzą oryginalne dźwięki i co istotne, mają na siebie konkretny pomysł. Co prawda obie grupy udało mi się (w przeszłości) zobaczyć na żywo, ale sami wiecie, takiej okazji nie można było przepuścić!

Tak też w dzień imienin - zamiast domowej posiadówki - zorganizowaną grupą ruszyliśmy do Zaklętych Rewirów. Specjalnie wycelowaliśmy na godziny otwarcia wrót, ale jak się okazało na miejscu, taki zamysł mieliśmy nie tylko my... Tak też, plan zdobycia barierek okazał się niemożliwy – w momencie kiedy bramy zostały otwarte, kolejka do klubu "sięgała" praktycznie głównej ulicy (kto był kiedyś w tych rejonach, ten wie, co to oznacza). Gdy weszliśmy do środka, grono barierkowych szczęśliwców było już kompletne... I choć "koncertowi debile (a takich niestety wciąż nie brakuje)" mieliby to za nic, mi nie pozostało nic innego jak poszukać sobie innej miejscówki. Tak też zająłem miejsce wizualnie atrakcyjnie (z boku sceny), ale tutaj pojawiały się obawy co do jakości brzmienia. O to jednak mogłem być całkiem spokojny, o czym dane mi było przekonać się już za moment.

Równo o planowanym czasie na scenie pojawiła się ekipa z Tunezji, promując swój najnowszy krążek zatytułowany "Shehili". O tym informowało m.in. samo przystrojenie - za dekorację posłużył jedynie rozwieszony za zestawem perkusyjnym baner z okładką premierowego wydawnictwa. Panowie od początku pokazali się z dobrej strony i tak też po dźwiękach orientalnego intro zgromadzeni mogli zakosztować nowych dźwięków - kolejno odegrano "Born to Survive" oraz "You've Lost Yourself". Występ MYRATH był ewidentnie ukierunkowany na promocję nowej płyty, o czym najlepiej świadczył dobór repertuaru. W zasadzie tylko dwa kawałki były zaczerpnięte z wcześniejszych wydawnictw. Najstarszym z nich był "Beyond the Stars" z albumu "Tales of the Sand". Drugim utworem okazał się przebojowy "Believer", przy okazji którego wydarzyła się zabawna sytuacja. Zaher Zorgati, najzwyczajniej w świecie pomylił kolejność utworów, co chyba najbardziej rozbawiło jego samego. Tego wieczoru wokalista - oprócz komunikatywnej postawy wobec publiczności - zdobył się na małe szaleństwo i podczas wykonania jednego z utworów wskoczył na usytuowany w okolicy sceny bar, by tam czynić swoją powinność.
Ogólnie rzecz ujmując, panowie zagrali dobry koncert, chociaż dało się wyczuć że nie grają oni na 100% swoich możliwości (a może przyczynił się temu siwy dymek, który panowie raczyli się tuż przed występem..) Tak też w okolicach godz. 20:20 MYRATH opuścił scenę i od razu ruszyły przygotowania do występu gwiazdy wieczoru.

Myrath

Pojawiło się więcej rekwizytów. Uwagę zwracały czaszkowe dekoracje, które z czasem zostały dodatkowo podświetlone. Oprócz baneru z okładką "From Hell with Love", po bokach, ustawiono dwa parawany z maskotką zespołu (za kratami). Kiedy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, zaczęło się to na co czekało wiele osób (frekwencja naprawdę dopisała). Jak dało się zaobserwować, BEAST IN BLACK w naszym kraju cieszy się wciąż rosnącą popularnością. Jest to o tyle dziwne, że grupa ma na swoim koncie dopiero dwa albumy. Mimo to na ich koncerty walą tłumy i w sumie nie ma się czemu dziwić. Ekipa Antona Kabanena posiada materiał, który na żywo sprawdza się wybuchowo - przebojowo, aż ciężko ustać w miejscu.
Na pierwszy ogień poszły pociski z nowej płyty; "Cry of of a Hero" oraz bitewnie brzmiący "Unlimited Sin". Zespół od razu mógł liczyć na silne wsparcie zgromadzonych, również wokalne, choć Yannis Papadopoulos i tak radził sobie wyśmienicie. Tego wieczoru panowie niejednokrotnie mogli usłyszeć głośne skandowanie swojej nazwy i jak dało się zauważyć - nie było to dla nich bez znaczenia. Uśmiech na twarzach członków zespołu gościł wielokrotnie, a wymieniane wzajemnie spojrzenia tylko utwierdzały w przekonaniu, że muzycy czują się wyśmienicie. W następnej kolejności muzycy przypomnieli o swoim debiucie - najpierw zagrano "Beast in Black", a po przerywniku w postaci nowszego "Eternal Fire", wykonano "Blood of the Lion" i "The Fifth Angel". Nie brakowało muzycznej, pozytywnej energii. Ta na moment została przerwana nastrojowym akcentem w postaci "Oceandeep", który rzekomo od niedawna zagościł na koncertowej setliście. Ten kawałek został poprzedzony płomiennym "Repentless", który na żywo sieje jeszcze większe spustoszenie.
Uwagę zwracały synchroniczne ruchy gitarzystów oraz efektowne kręcenie pałeczkami przez Atte'a Palokangasa. Ten niczym dobrze naoliwiona maszyna trzymał bestię w ryzach. Nie zabrakło również patentu z elektronicznymi okularami - te tradycyjnie wykorzystano przy okazji "Crazy, Mad, Instane", po którym zaprezentowano kolejny hicior. Mowa oczywiście o teledyskowym "Sweet True Lies" - ten numer jeszcze bardziej rozgrzał i tak aktywną publikę. Oficjalną część występu zakończył "End of the World" z pierwszej płyty. Następnie ekipa BEAST IN BLACK zeszła ze sceny, ale tylko na moment - tego wieczoru nie mogło się obyć bez bisów! Panowie na sam koniec uraczyli zgromadzonych dwoma kolejnymi kawałkami. Jako pierwszy zagrano "Blind and Frozen", a zwieńczeniem wieczoru okazała się "End of the World". I choć prawdopodobnie nikt nie miał dość, na więcej nie było już co liczyć. Yannis co prawda obiecał, że powrócą niebawem (być może miał na myśli występ na Mystic Festival), ale jeżeli w dalszym ciągu kariera zespołu będzie rozwijała się w takim tempie jak do tej pory, to z pewnością możemy oczekiwać potwierdzenia jego słów i to niejednokrotnie.

Podsumowanie? Co tu dużo mówić - wieczór był jak najbardziej udany zwłaszcza dla tych, którzy cenią sobie metalową przebojowość oraz orientalne brzmienia w progresywnym wydaniu. Oba zespoły pokazały klasę i zapewniły publiczności rozrywkę na wysokim poziomie. Osobiście życzyłbym sobie więcej takich koncertów (szczególnie we Wrocławiu).

BiB

BiB

BiB


Marcin Magiera
Komentarze