09.12.2019
RECENZJE
ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam

NIKKI STRINGFIELD - Harmonies for the Haunted

MILLENIUM - The Web

FRONTBACK - Don't Mind the Noise

VISION DIVINE - When All The Heroes Are Dead


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - G » MOORE, GARY - 1989 - After the War
MOORE, GARY - 1989 - After the War

GARY MOORE - After the War


GARY MOORE - After the War

1. Dunluce (Part I)
2. After the war
3. Speak For Yourself
4. Livin’ On Dreams
5. Led Clones
6. The Messiah Will Come Again
7. Running From the Storm
8. This Thing For Love
9. Ready For Love
10. Blood Of Emeralds
11. Dunluce (Part II)

Rok wydania: 1989
Wydawca: Virgin
http://www.gary-moore.com




Gary Moore to taka postać ze świata muzyki, która już zawsze będzie kojarzyć się głównie z bluesem. Ten przedwcześnie zmarły muzyk miał wyjątkowe poczucie rytmu, a także techniczne umiejętności, co w muzyce bluesowej jest ważne. Miał on jeszcze jeden talent – wszechstronność w pisaniu hardrockowych kompozycji. Przykładem tego muzycznego geniuszu może być album, któremu w tym roku stuknęła trzydziesta rocznica wydania. Płyta „After the war”, bo o niej mowa, jest idealnym przykładem na to, jak rockowe, gitarowe granie może być równocześnie szalenie melodyjne. A jeśli weźmiemy do tego plejadę muzyków, którzy wspomagają Gary’ego na tym albumie, to możemy być pewni, że to właściwie jedna z najlepszych rockowych płyt końca lat 80. ubiegłego wieku. W każdym z utworów pojawia się inny gość, ale oczywiście istnieje żelazny trzon instrumentalistów, do których należą: grający na gitarze basowej Bob Daisley, zasiadający za perkusją nieodżałowany Cozy Powell, a klawiszami dowodzi w głównej mierze Don Airey. Na przedstawienie pozostałych muzyków jeszcze przyjdzie pora.

Album zaczyna pierwsza część kompozycji „Dunluce”. Jest to krótki instrumentalny utwór, gdzie już na starcie mamy przepiękną grę gitary. Brzmi ona bardzo irlandzko, to hołd złożony ruinom trzynastowiecznego zamku Dunluce, położonego na malowniczym cyplu Irlandii Północnej. Wspominałem o muzykach. Klawiszowe tło „robi” tutaj znany z zespołu UFO Neil Carter.

Dwójka to numer tytułowy. „After the war” otwiera dźwięk helikopterów, który płynnie przechodzi w klawiszowe fanfary. Głos wokalisty jest lekko schowany i brzmi z pogłosem, a na pierwszy plan wysunięta jest jego gitara. Gra ona aż milo, i to nie tylko w wybornej solówce, która rozpoczyna się od motywu zaczerpniętego z muzyki klasycznej. Gary znalazł także pomysł na dość nietypowe prowadzenie gitary podczas zwrotki. Dziś już rzadko kiedy gitarzysta w taki sposób towarzyszy wokaliście. Sama kompozycja bardzo dobra, szybka z głosem towarzyszącym do Andrew Eldritcha, którego usłyszymy także w następnym utworze.

Szybkie otwarcie „Speak for yourself” przywodzi jednoznacznie na myśl Randego Rhoadsa. Nie bez kozery wspominam o tym niezwykle utalentowanym gitarzyście, związanym z zespołem Ozzy’ego Osbourne’a, ponieważ to właśnie sam Książę Ciemności pojawia się tutaj, towarzysząc Gary’emu w refrenie. Znów wyborny kawałek, szybki, zwariowany, ale mający w sobie dużą dozę zadziorności. No i znów ta solówka. Bardzo mocno i rzeczowo brzmi tu perkusja Simona Philipsa, który nie boi się konkurencji Cozy’ego Powella.
Jego grę usłyszymy właśnie w następnym utworze, „Livin’ on dreams”. To klasyczny rock’n’roll, w którym prym wiodą gitara oraz perkusja. Numer trochę kojarzy mi się z graniem, jakie prezentuje ZZ Top czy Def Leppard. Nie brak tu zmian rytmu czy technicznych wstawek. Warto też przysłuchać się grze gitary basowej w tle, ponieważ ciekawie dudni nadając rytm.

Kolejnym numerem jest „Led clones”, napisany „w uwielbieniu” dla popularnego w tamtym okresie zespołu Kingdom Come, „klonującego” muzykę Led Zeppelin („widziałem ich w radiu, słyszałem na video”, mówi ironiczny tekst). Tutaj z cienia wychodzi Ozzy i śpiewa razem z Garym na pierwszej linii rockowego frontu. To, co od razu rzuca się w uszy, to rzecz jasna obowiązkowy zeppelinowski riff, mocno, jak na „klona” przystało, inspirujący się „Kashmirem”, a sam Moore brzmi w pewnym momencie zupełnie jak Robert Plant. Można jeszcze dołożyć do tego wakemanowskie klawisze, imitujące smyki na zakończenie utworu i mamy pierwszorzędnie pomyślany i wykonany kawałek.

Dla wielu osób Gary Moore to przede wszystkim bluesman. Fani takiego grania na tej płycie też znajdą coś dla siebie. „The Messiah will come again” rozpoczynają przepiękne delikatne klawisze Dona Aireya oraz rozmarzona gitara, która z czasem nabierze odpowiedniej mocy. O tym, że Powell był wybornym pałkerem wiadomo już było w latach 70., kiedy grał np. w Rainbow, lecz za to, jak „czuje tu bluesa” do dziś należą mu się pokłony. Równie mocne brawa powinien zebrać sam Moore, który w przepiękny i przemyślany sposób wydobywa ze swej gitary wszystko to, co najważniejsze. Moc, emocje, ale też i wrażliwość, delikatność. Niestety dziś na płytach hardrockowych brakuje już miejsca i czasu na tak dostojną improwizowaną grę, bo wszystko musi dziać się szybko. Czasem jednak warto zagłębić się w to, co artysta ma do przekazania. I ten numer właśnie taki jest – można go słuchać i słuchać.

„Running from the storm” to znów ciężka, rockowa lokomotywa, z genialną złowrogą gitarą, równie mocną perkusją i kapitalnymi klawiszami. Ach, czemu dziś już takich numerów się nie komponuje! Mamy tu znów i ciekawe smaczki techniczne, i melodyjny refren. Gra gitary prowokuje natomiast do chóralnego śpiewania, a to, w jaki sposób Gary gra solówkę sprawia, że usta otwierają się w niemym zachwycie, że można tak szybko i precyzyjnie, a do tego melodyjnie śmigać po gryfie.

Kolejna kompozycja to znów razem Moore, Powell, Airey oraz Daisley. „This thing called love” jest rock’n’rollem, który trochę jednak bez pomysłu pędzi na łeb na szyję. Numer do posłuchania, ale nie wnosi nic nowego do albumu. Dlatego przejdziemy do kolejnego.

A jest nim „Ready for love”, w którym na szczęście już wracamy na właściwe tory. Jest rockowo, trochę znów pod ZZ Top, ale gdzieś słyszę tu Petera Gabriela. Warto zwrócić uwagę na świetne dudnienie basu, Sam Brown w chórkach, no i znów technicznie wyżywającego się gitarzystę. Szkoda, że w żadnym radiu nie można usłyszeć tego kawałka, bo jest on świetnym przykładem na to, że Gary Moore to nie tylko „bluesy”, ale i całkiem przebojowe „rocki”, w sam raz na towarzystwo do porannej kawy.

„Blood of emeralds” to jeszcze jedna kompozycja, jakiej dziś już się nie pisze. Delikatna gitara, werble i przejście w ciężkie, rockowe granie inspirowanie irlandzkim folklorem (w podobny sposób folkiem inspirował się później np. Ayreon), z doskonałą „opowiadającą” strukturą. Tu jeszcze raz muzykowi towarzyszy Andrew Eldritch, który swym niskim głosem wspomaga refren.

Album wieńczy druga część „Dunluce”, będąca rozwinięciem tematu początkowego – przepiękna instrumentalna kompozycja, w której znów brzmią tylko klawisze i gitara. Niczego więcej tu nie trzeba.

Od premiery tego albumu minęło trzydzieści lat, a magia i siła drzemiąca na tym krążku ani trochę nie zblakła. Można się trochę przyczepić do archaicznej produkcji płyty, tu i ówdzie pewnie można by było coś poprawić, a głos wokalisty nieco wysunąć. Tak czy inaczej „After the war” jest świetną propozycją dla wszystkich myślących, że Gary Moore był gitarzystą, który „wciąż miał dla nas tylko bluesa”.

9/10

Mariusz Fabin
Komentarze