28.01.2020
RECENZJE
ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain

TWILIGHT FORCE - Dawn Of The Dragonstar

ŁUKASZ DRAPAŁA & CHEVY - Potwory

THE RYSZARD KRAMARSKI PROJECT - Mr. Scrooge

SCYLLA - Apex + Beneath

MARCIN PAJAK - Other Side

V/A - Tribute to ACID DRINKERS - Ladies And Gentlemen On Acid

HOVERCRAFT - Full of Eels

NO MORE JOKES - A Ludzie Się Patrzą...

DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - F » FRONTBACK - 2019 - Don't Mind the Noise
FRONTBACK - 2019 - Don't Mind the Noise

FRONTBACK - Don't Mind the Noise


FRONTBACK

1. Intro – 00:29
2. Fearless – 04:17
3. Let’s Play Rock’n’Roll – 03:26
4. I Arrive When You Go – 03:41
5. Rhythm is Dead – 03:22
6. Back to Hell – 03:29
7. Always on the Run – 03:13
8. Glory Days – 02:52
9. When the Wind is Gone – 04:29
10. Movin’ On – 06:28
11. Sunny Days – 03:59

Rok wydania: 2019
Wydawca: Black Lodge Records
http://www.frontback.se




Ostatnio redaktor naczelny zapytał mnie, czy przeprowadzam też wywiady z mężczyznami czy tylko z kobietami. Cóż, dla mnie świat rocka bez pań nie istnieje. Bez ich wdzięku, stylu, prezencji, a przede wszystkich ich wybitnych talentów artystycznych. Właśnie odkryłem kolejny ciekawy zespół dowodzony przez niesamowitą wokalistkę – FRONTBACK. Ten pochodzący ze Szwecji hardrockowy kwartet właśnie zaprezentował swoją najnowszą produkcję, zatytułowaną „Don’t Mind the Noise”.

Zaczyna się od półminutowego kolażu, w którym na tle kraczących wron słyszymy groźne lwie ryki. Szybki zjazd palcem po strunie basu i startuje „Fearless”. Głos Anlo Front, zgodnie z opisem zespołu na Facebooku rzeczywiście ma w sobie coś z Gwen Stefani. Słychać jednak, że jest to jej naturalna barwa, a nie celowe upodobnienie. W następnym w kolejności „Let’s Play Rock’n’Roll” podobają mi się wielogłosy w refrenie kojarzące mi się do bólu z Paramore. Taki fajny przeskok, coś jakby zrobić mash-up noudoubtowego „It’s My Life” z „That’s What You Get” z repertuaru grupy Hayley Williams.

Wolniejsze fragmenty „I Arrive When You Go” kojarzą się jednoznacznie południowo, za sprawą synkopowanego riffu z użyciem popularnej wśród zespołów southern rockowych techniki tłumienia strun prawą ręką, jednak w większości jest to kolejny szybki czad. Permanentnie wolno robi się w „Rhythm is Dead”, który podoba mi się z całego tego zestawu chyba najbardziej. W tym numerze z wokalu Anlo, dzięki temu, że śpiewa w wyższych rejestrach niż w poprzednich kawałkach, znikają echa Gwen i Hayley, a to można zaliczyć wyłącznie na plus, wszak nie od dziś wiadomo, że główną techniką większości recenzentów przy ocenianiu młodych zespołów jest przyrównywanie poszczególnych elementów jej twórczości do słynnych nazw. Jeśli dokonanie takiego zabiegu jest niemożliwe – ogromny plus dla zespołu. Jednak ciekawe są też skojarzenia nieoczywiste. Tak mam z „Back to Hell”, którego główny riff, z wyjątkiem ostatniego akordu, przywodzi mi na myśl „Światła i kamery” naszego rodzimego De Mono. Całościowo jest to jednak utwór już w pełni teksański, idealnie nadający się do słuchania w trakcie jazdy.

W „Always on the Run” powracają echa Gwen Stefani, ponieważ Anlo ponownie śpiewa w niskich rejestrach swojej skali głosu. W warstwie muzycznej pojawia się smaczek orientalny – zagrywka pojawiająca się bezpośrednio przed solówką kojarzy się jednoznacznie japońsko.

Przy „Glory Days” muszę się znów odnieść do podobieństw bezpośrednich – intro tego numeru, jak i jego główny riff, na kilometr zawiedzają maidenowskim szlagierem „Fear of the Dark”. Ale trzeba Frontbackowi oddać, iż nawet wykorzystane już patenty umie zgrać ze sobą w inteligentny sposób.

Słuchając „Don’t Mind the Noise” i zaczynając powoli rozumieć jaki rodzaj brzmienia muzycy chcieli osiągnąć czekałem na jakiś podniosły, stadionowy numer. Taką rolę spełnił „When the Wind is Gone”. Umiarkowane tempo, wzniosłe riffy z długo wybrzmiewającymi nutami o różnej wysokości oraz orkiestracje w tle czynią z tego utworu idealnego kandydata na zamknięcie podstawowego setu na jakiś większych koncertach. Można machać rękami, można wznosić zapalniczki.

Wraz z pierwszymi taktami „Movin’ On” wraca czadowe oblicze zespołu. W tym kawałku grupa zdawkowo wykorzystuje przetworzenia, najpierw w rozpoczynającej całość krótkiej solówce basu, a następnie w pojawiającej się mniej więcej w środku mówionej partii Anlo. Album wieńczy „Sunny Days”, który jest najwyraźniejszą miksturą No Doubt i Paramore na tej płycie. Ten numer, dosłownie brzmi jakby wokal wziąć od tych pierwszych a warstwę instrumentalną od tych drugich.

Na wstępie zaznaczyłem, że barwa głosu wokalistki brzmi naturalnie mimo tych wszystkich naleciałości. Po wysłuchaniu całej płyty stwierdzam, że można to twierdzenie odnieść do wszystkich aspektów muzyki Frontback. Sposób w jaki grają, w jaki brzmią nie ma w sobie ani krzty sztuczności, a zważywszy na fakt, że w muzyce gitarowej opierającej się przede wszystkim na riffach coraz trudniej dziś stworzyć coś oryginalnego, muszę przyznać, że to naprawdę solidna płyta.

7,5/10

Patryk Pawelec
Komentarze