27.02.2020
RECENZJE
CETI - Oczy Martwych Miast

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio

HALFORD - Resurrection

YENISEI - The Last Cruise

ORGANIC NOISES - Organic Noises

ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - N » NO MORE JOKES - 2019 - A Ludzie Się Patrzą...
NO MORE JOKES - 2019 - A Ludzie Się Patrzą...

NO MORE JOKES - A Ludzie Się Patrzą...




1. Półmrok Nadziei
2. Każda Chwila Ma Swój Czas
3. Klepsydra
4. Reset
5. Anioł Miłości
6. Rospuda
7. Subtelne Zniewolenie
8. Modlitwa
9. Symulacja
10. Ballanga
11. Złość

Rok wydania: 2019
Wydawca: -
http://www.facebook.com/NoMoreJokesBand




Gdy po raz pierwszy zobaczyłem nazwę warszawskiego zespołu No More Jokes, z niewiadomych przyczyn zabrzmiał mi w uszach refren Kobranocki „…i nikomu nie wolno się z tego śmiać”. Niewątpliwie nazwa powstałej w 2015 roku grupy natychmiast wysyła słuchaczowi sygnał, że wesoło i żartobliwie tu nie będzie. W jej skład wchodzą: śpiewający Maciej Brożny, grający na gitarze Paweł Zakrzewski, asystujący mu na gitarze basowej Robert Sarna, zaś całość perkusją skleja Sebastian Klichowski. Tegoroczny album „A ludzie się patrzą…” to ich debiut. Posłuchajmy, na co ludzie się dziś patrzą…

Płytę otwiera „Półmrok nadziei”. Zaczynamy od groove’ującego basu i surowej perkusji. Chwilę później do tego wszystkiego dołączają wokal i gitara. Muszę przyznać, że głos Maćka Brożnego jest dość specyficzny – miejscami śpiewa jakby przez zęby, kiedy indziej dość ekspresyjnie. Gitara zaś przywodzi na myśl główny motyw „Upiora w operze”. Przypadek czy też umyślne odniesienie do klasyki musicalowej? Niemniej dość specyficzne to granie. Co czeka nas dalej?

Przy pierwszej kompozycji przez chwilę zastanawiałem się, do czyjego głosu można by porównać śpiew wokalisty. Myślę, że kompozycja „Każda chwila ma swój czas” rozwikła tę zagadkę. Jest tu trochę młodego Grzegorza Skawińskiego, trochę lidera Rezerwatu, Andrzeja Adamiaka, momentami słyszę też Piotra Kupichę. Kompozycja zaś całkiem przyjemna, acz wciąż mamy tu do czynienia z surowym brzmieniem bez większych fajerwerków. Gitara co prawda pruje całkiem niezłym riffem, lecz nie wiem czy nie bardziej rockowo by to brzmiało, gdyby wpuścić tu nieco więcej przesteru, a mniej przetworzonego brzmienia.

Trójkę („Klepsydra”) odpala bas, przerobiony podobnie jak w pierwszej kompozycji, z której pożyczono także linię melodyczną zwrotki. Kawałek posiada całkiem fajną gitarę oraz dość „horrorowate” klawisze w tle. Kompozycja rozwija się podczas refrenu i robi się troszkę żywiej, z dość ciekawym i niezwykle odważnym tekstem. Polecam go odszukać i wgłębić się w niego, ponieważ prowokuje do interesujących wniosków.

Lecimy jednak dalej. Czas na moim zdaniem najciekawszą kompozycję na albumie. „Reset” wreszcie budzi go do życia za sprawą (wreszcie) bardzo dobrej gitary. Polecam także wsłuchać się w grę basu – ależ tam się fajnie dzieje. Jednak tym czymś, co wyróżnia ten utwór spośród innych jest refren. Za sprawą połamania rytmu i cedzenia słowa przez zęby w rytmie tanga – jedyne co mi przychodzi na myśl: Republika. Ale nie bezmyślne kopiowanie, lecz całkiem świadoma inspiracja. Mam nadzieję, że dalej będzie równie smakowicie i wszystkie nijakie fragmenty mamy już za sobą.

„Anioł miłości” to znów przetworzony bas, ale jest także mile dla ucha „drapanie” gitary. W tym przypadku tekst i wokal brzmi jednak niestety jakoś tak zupełnie nie rockowo i zwyczajnie. Co prawda Maciej poprawnie artykułuje swoje frazy, lecz nie wywołuje to ciarek na plecach. Jedyny dobry fragment tej kompozycji to moment, gdy jego wokal staje się „szaleńczy”.

„Rospuda” to z kolei punk rockowe granie. Wreszcie jest tu jakiś fajny pomysł na gitarę, która dostaje odpowiedniego kopa, a i potrafi także smakowicie przyozdobić zwrotkę. Bas nie został przetworzony, co także przynosi bardzo dobry skutek. Perkusja także obudziła się z letargu i dudni, aż miło.

„Subtelne zniewolenie” zdaje się mówić, że kryzys mamy za sobą i że wreszcie zrobiło się dobrze. Jest tu bardzo dobra praca sekcji rytmicznej, a głos wokalisty przeszywa na wskroś. Godna uwagi jest także gitara elektryczna, lecz zdecydowanie prym wiedzie tu nowofalowy bas, który „robi” cały kawałek. Obok „Resetu” to z pewnością najciekawsza kompozycja płyty.

„Modlitwa” to jeszcze raz nowofalowa gra basu, zaś gitara imituje brzmienie dzwonu. Niezłym pomysłem jest tu zmiana rytmu co wers. Podstawowym problemem jest jednak to, że część linii melodyjnej już można było usłyszeć wcześniej. Znów kompozycja, która miałaby szansę być dość ciekawą, jest w niej „to coś”, ale z drugiej strony jej wtórność trochę rozbija pomysł, dlatego przejdę do „Symulacji”.

Zespół znów gra tu ciężko, rockowo, wokalista zaś momentami śpiewa cedząc słowa przez zęby. I niestety znów wszystko skupia się wokół tego, że już te nuty słyszałem wcześniej, tyle, że z innymi słowami. Właściwie niestety utwory są bardzo podobne do siebie i w zasadzie jeśli słyszało się jeden utwór, to słyszało się wszystkie. W dodatku całość nagrano w słabym, źle wytłumionym studiu. Nie ma tu żadnej przestrzeni, ponieważ wszystko wylądowało w wygłuszających pomieszczenie gąbkach. I może teksty są ważkie, ale na nic to, kiedy zaprzepaściła je kiepska produkcja.

Przedostatnią kompozycją jest „Balanga”. Jeszcze raz rockowe granie. Co ciekawe jest tu jakiś pomysł, który odróżnia się od reszty. Jest pomysłowo wykorzystana nowa fala, jest imprezowo, miło dla ucha gra gitara. Jest tu czego posłuchać, a i produkcyjnie (o dziwo!) brzmi to nieźle.

Album wieńczy kompozycja „Złość”. I znów mamy powrót do nijakości kompozycji. Nic dobrego się tu nie dzieje, a powolny rytm pozwala ziewnąć i oddać się w objęcia Morfeusza.

Na co się ludzie patrzą? Na trzy całkiem niezłe numery i czarną dziurę dźwięków wokół nich. Myślę, że lepiej dla zespołu byłoby solidniej popracować nad czterema, pięcioma kompozycjami i wydać epkę zamiast długiego albumu pełnego jednakowych piosenek. Bez tej koniecznej włożonej pracy niestety zawsze muzyka No More Jokes będzie brzmieć nijako.

3/10

Mariusz Fabin
Komentarze