06.07.2020
RECENZJE
MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift

EDDIE MULDER - Victory

DIAPOSITIVE - Give Me A Ride


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - V » Vangelis - 1990 - Opera Sauvage
Vangelis - 1990 - Opera Sauvage
vangelis

1. Hymne
2. Reve
3. L'Enfant
4. Mouettes
5. Chromatique
6. Irlande
7. Flamants Roses


Rok wydania: 1990
Wydawca: Polydor





Przez ostatnie tygodnie bardzo często wracam do muzyki filmowej. Słuchając takich ludzi jak Ennio Morricone, John Williams czy Hans Zimmer przypomniałem sobie o jeszcze jednej postaci a mianowicie greckim kompozytorze znanym powszechnie jako Vangelis. Jego muzykę czy też jej fragmenty zna każdy. Dajmy na to chociażby słynny motyw „Conquest of Paradise” (do filmu Ridleya Scotta znanego w Polsce jako „Wyprawa do Raju”) czy też legendarnego kina science – fiction „Łowca Androidów” (ang. Blade Runner). Poza tym można go znać ze słynnego duetu z Jonem Andersonem, z którym to ma na koncie wielki hit radiowy „I’ll find my way home”, który jest do dzisiaj często puszczany.
Jednakże pośród tych wszystkich dokonań kryje się prawdziwa perełka. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy kiedy przeszukiwałem płyty rodziców i z ciekawości wrzuciłem ją do odtwarzacza bo gdzieś mi się obiło jego nazwisko. W każdym razie zrobiła od samego początku na mnie spore wrażenie, to było coś dla mnie wtedy zupełnie nowego a miałem może ze 12 lat i był to dla mnie początek przygody z takimi brzmieniami. Mowa tu o „Opera Sauvage”, która została utworzona jako ścieżka dźwiękowa do jakiegoś greckiego filmu przyrodniczego, do którego nie miałem możliwości się dokopać więc pozwolę sobie ocenić to jako płytę a nie „soundtrack”.

Wszystko zaczyna się triumfalnie utworem „Hymne”. Świetny motyw, żywy, grany na syntezatorach, od razu wpada w ucho (co więcej zostaje w głowie) i osobiście często lubię go nucić. Bardzo dobry na wstęp a trwa niecałe 3 minuty. A teraz najlepiej usiąść spokojnie czy też się położyć gdyż reszta płyty w dużej mierze jest bardzo refleksyjna i zarazem relaksująca (czyli w sam raz na wieczór). No więc dobrze... najpierw mamy „Rêve” przepełnione delikatnymi klawiszami można stwierdzić nawet, że jazz’owymi. Można zamknąć oczy i wyobrazić sobie przy tych dźwiękach coś zupełnie innego, nie rzeczywistego (taka muzyka jest jak dobra książka, naprawdę). Po chwili mistrz Vangelis robi to co robi najlepiej czyli daje nam kolejny motyw muzyczny w postaci „L' Enfant”. I właśnie to jest cecha, która najbardziej cenię u kompozytorów. Nie robić jakiegoś tła na zasadzie „O nie, oby tylko ludziom nie przeszkadzała muzyka w filmie”, ale coś co zostaje w głowach. Szczerze to na przykład taka „Wyprawa do Raju” byłaby niczym bez muzyki Vangelisa. Ale wracając do utworu jego tło złożone jest z jednego przerywanego dźwięku syntezatora i przeplatane jest paroma innymi dźwiękami. Brzmi prosto ale ta struktura jest genialna. Łatwo można by to przerobić na wersję dla orkiestry swoją drogą. Następnie mamy dwu-minutowy „Mouettes” nie wiem gdzie został użyty w filmie ale tu bardziej przypomina klimat starych filmów sci-fi co nie zmienia faktu, że ładna kompozycja, po której mamy najbardziej wyróżniający się na płycie utwór „Chromatique”. Główny powód to gitara, która tym razem jest tu najważniejsza a klawisze są mocno eksperymentalne co tworzy ten utwór dziwnym. Z początku mi się nie podobał ale po paru przesłuchaniach można bynajmniej stwierdzić, że pasuje do całości mimo wszystko. Moim ulubionym utworem jest „Irlande”, piękna melodia, dobrze dobrane brzmienia. Klimat nastawia na myślenie o czymś radosnym i pięknym zarazem (szczególnie brzmienie fletowe) po prostu – żyć nie umierać i wsłuchiwać się w to ;-) No i czas na punkt kluminacyjny – „Flamants Roses”. Kompozycja buduje się z każdą chwilą co raz bardziej, melodie są coraz to lepsze, utwór co raz to żywszy, jest strasznie rozbudowany brzmieniowo co można ująć krótko- emocji tu nie brakuje. Ciekawostką jest to, że Jon Anderson gra tutaj na harfie. W ósmej minucie jest uspokojenie, muzyka zamienia się w epilog więc czas na napisy końcowe...

Podsumowując, album ten to kawał świetnej roboty chociaż ciągle ma daleko to opus magnum Vangelisa. Nie można przejść jednak obok tego obojętnie. Jest w stanie wypełnić każdy wieczór a ja mam oczywiście do niej sentyment gdyż od niej zacząłem przygodę z elektronicznymi klimatami. Chciałbym usłyszeć kiedyś wersję na orkiestrę symfoniczną.

8,5/10

Jędrzej Kołecki
Komentarze