31.05.2020
RECENZJE
ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift

EDDIE MULDER - Victory

DIAPOSITIVE - Give Me A Ride

TRANQUILLIZER 247 - Dziesięć

FIREWIND - Firewind

PARADISE LOST - Obsidian

FORCE OF PROGRESS - A Secret Place

KOMETY - Alfa Centauri

RESTLESS - Miasto Grzechu

THE BOOMTOWN RATS - Citizens Of Boomtown

KRZYSZTOF CUGOWSKI – 50/70

AUTOMB - Chaosophy

MUZOZOIC - Jazock?

NAKED ROOT - The Maze

CARNAL FORGE - Gun To Mouth Salvation

IKONODRAMA - Etched in the Spirit

THE MURDER CAPITALS - When I Have Fears

ABYSAL (THE ADAM JURCZYŃSKI PROJECT) - Return To The Live

DEPECHE MODE - Ultra

DELFINIA - Deep Elevation

ŁYDKA GRUBASA - Socjalibacja

IN2ELEMENTS - Cycles

JOHNOSSI - Torch//Flame

SILVERBONES - Wild Waves

THE STROKES - The New Abnormal

ME AND THAT MAN - New Man, New Songs, Same Shit, vol.1


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - G » GREEN DAY - 2020 - Father of All Motherfuckers
GREEN DAY - 2020 - Father of All Motherfuckers

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers




1. Father of All..
2. Fire, Ready, Aim
3. Oh Yeah!
4. Meet Me on the Roof
5. I Was a Teenage Teenager
6. Stab You in the Heart
7. Sugar Youth
8. Junkies on a High
9. Take the Money and Crawl
10. Graffitia

Rok wydania: 2020
Wydawca: Reprise Records
https://www.facebook.com/GreenDay/




Green Day zawsze ceniłem przede wszystkim za jedną rzecz: mimo osiągnięcia statusu megagwiazdy muzycy pozostali wierni swoim punkowym ideałom. Choć zdarzało im się potknąć, to jednak w przeciągu całej swojej dotychczasowej kariery dorobili się kilku albumów wybitnych, spośród których każdy można przyporządkować innej grupie docelowej. Wczesne nagrania zgromadzone na składance „1,039/Smoothed Out Slappy Hours” oraz drugi pełnowymiarowy album „Kerplunk!” to taki punk, ale skomponowany i wykonany przez ludzi, którzy naprawdę znają się na tworzeniu muzyki i nie opierają swojej twórczości na przysłowiowym „trzy akordy, darcie mordy”. Albumy „Dookie”, „Insomniac” i „Nimrod” to elementarze podgatunku zwanego pop-punkiem w pierwotnym rozumieniu tego pojęcia, którym jest wymieszanie punkowego, wciąż opartego jedynie na przesterowanych gitarach elektrycznych, sznytu z chwytliwymi, przebojowymi melodiami. Płytą „Warning” zespół otwarł swój etap „nowożytny” i obrał kierunek (zarówno muzyczny jak i wizerunkowy), z którym jest kojarzony do dziś. Swoją pozycję na rynku muzycy przypieczętowali multiplatynowym albumem „American Idiot”, zaś za opus magnum ich kariery można uznać wydany w 2009 roku album „21st Century Breakdown”. Co jednak dalej? No cóż, wielka z założenia trylogia „¡Uno!”/„¡Dos!”/„¡Tré!” niestety nie udźwignęła ciężaru wielkości dwóch poprzednich dzieł, kolejny album, „Revoluton Radio”, również wypadł tak sobie.

Najnowsza płyta jest kolejnym etapem pikowania w dół, jednak tym razem jest tak z konkretnego powodu, na potrzeby którego przywołałem na wstępie wierność Green Day punkowym ideałom. Otóż między wierszami „Father of All Motherfuckers” jest dla członków zespołu jedynie dopełnieniem ich zobowiązań kontraktowych z wytwórnią Reprise Records, będącej filią Warner Bros., spod skrzydeł której z dniem wydania tej płyty się uwolnili. Należy więc sądzić, że dopiero w nowych barwach muzycy pokażą na co jeszcze ich stać, a dla swojej dotychczasowej stajni przygotowali parę kawałków na odp***dol, chcą wbić jej decydentom jak najboleśniejszą szpilę. Czy jednak w rzeczywistości jest aż tak niedbale i katorżniczo? Kilka przesłanek bez wątpienia na to wskazuje (prowokacyjny tytuł, okładka bazująca na tym samym projekcie co „American Idiot” oraz irytująco krótki, obejmujący jedynie 26 minut i 12 sekund, czas trwania albumu). Włączmy jednak płytę. Ci, którzy zapoznali się wcześniej z udostępnionymi utworami singlowymi i są fanami charakterystycznej barwy głosu Billie Joe Armstronga wiedzą, że otwierający całość numer tytułowy nie ma praktycznie nic z Green Day. Miałkie, wtórne riffy i nienaturalny falset wokalisty okraszony sporą dawką autotune’a nie wróży najlepiej. Jednak w niektórych następnych utworach da się wychwycić esencję stylu tria z East Bay. Najlepiej jest w „Stab You in the Heart” i „Sugar Youth”. W tym pierwszym melodia kojarzy się trochę z elvisowskim standardem „Jailhouse Rock”. Tekstowo zaś wyróżnia się „Take the Money and Crawl” skierowany najprawdopodobniej właśnie do Reprise Records. Całościowo jest to papka, ale wbrew pozorom ma to też swoją dobrą stronę: dowodzi, że dobrzy muzycy, mający autentyczny talent i dryg do tego co robią nie są w stanie zrobić stuprocentowo marnego i wymuszonego materiału, choćby nie wiadomo jak się starali. Pozostaje czekać na właściwego następcę „Revolution Radio”.

5,5/10

Patryk Pawelec
Komentarze