15.12.2019
RECENZJE
DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - L » L.Stadt - 2010 - EL.P
L.Stadt - 2010 - EL.P
L.STADT
1. Death of a surfer girl
2. Fashion Freak
3. Smooth
4. Ciggies
5. Charmin / Lola
6. Puppet song no1
7. Mumms attack
8. Sun
9. Jeff

Rok wydania: 2010
Wydawca: Mystic Production
http://www.myspace.com/lstadt




Ten pochodzący z Łodzi zespół, swój debiut sceniczny odnotował w 2003 roku. Nakładem EMI records w 2008 roku ukazała się ich pierwsza płyta (L.Stadt). Kompozycja "Londyn" nominowana została do nagrody Eska Music Awards 2009 w kategorii Rockowy Hit Roku. Muzycy brali udział wielu znaczących koncertach, zarówno w kraju jak i zagranicą (Opener, Off -festival, Aix Provance Class-rock, festiwal SXSW w Austin, Heineken OPEN'ER Festiwal, Coke Live Music Festival, Indie Week Canada w Toronto...). Na początku grudnia, nakładem Mystic Production na naszym rynku ukazała się ich druga płyta zatytułowana "EL.P". L.Stadt tworzą obecnie: Łukasz Lach - vocal, gitara, piano, Adam Lewartowski - bass, Piotr Gwadera i Andrzej Sieczkowski - perkusje. Tak w telegraficznym skrócie można by było przedstawić wizerunek tego ciekawego, łódzkiego zjawiska muzycznego.

Gorzej jednak ze sklasyfikowaniem muzyki jaką tworzą. Krytycy muzyczni chyba zrywają włosy z głowy, zastanawiając się gdzie ich wsadzić? Jako przykład niech posłuży określenie jakiego użył jeden z francuskich dziennikarzy muzycznych (alternative-pop-garage-noise-rock), które i tak moim zdaniem nie oddaje w pełni sedna sprawy. Stąd może taka a nie inna okładka (człowiek niosący nad swą głowa deskę surfingowa)? L.Stadt bowiem bardzo sprawnie surfuje pomiędzy wszelakimi muzycznymi falami.

Spróbujmy się wiec zmierzyć z tą muzyczna huśtawką nastrojów. Już pierwsza kompozycja "Death of Surfer Girl" daje wyraźny sygnał, że wcale nie będzie łatwo. Jest w klimacie jakby nieco new romantic, ale jeżeli myślicie, że cała płyta będzie tak brzmiała, drugi utwór rozwieje w dym wasze wszelkie próby jej zaszufladkowania. "Fashion Freak" - niespełna 3 minuty muzyki a jak wiele rozbieżnych skojarzeń (szczypta Republiki Ciechowskiego z dużą porcją Doorsów). "Smooth"- ten utwór w rzeczy samej najbardziej kojarzy mi się również z Doorsami, ale jest tutaj również pewna dawka Spiritualized. To taki szalony, schizofreniczny rock z pewnymi bluesowymi motywami. "Ciggies" z kolei brzmi jak psychodeliczno-plażowa produkcja rodem z lat 60- tych, jest chwytliwa prawie jak "Chłopaki nie płaczą" T.Love. "Charmin Lola", to schizofreniczny, psychodeliczny, szalony, wgniatający w ziemię rock and roll. 'Puppets Song no 1" - niby ballada ale jakaś odjechana i chłodna, no i znowu dziwne skojarzenia z innej beczki - "Faith No More". 'Mumms Attack", znów zabójczo żywiołowy, rock and rollowy szalony killer, z tym że jest to taki rock and roll, którego nikt na trzeźwo chyba nie dał by rady zatańczyć. Takiego parcia na klawisze nie miał nawet sam Jerry Lee Lewis. Po takiej porcji energii ostudzenie nastrojów w postaci balladopochodnego "Sun", z szczebiotem ptaków w tle. Kompozycja ta na samym początku skojarzyła mi się nieco ze znaną piosenką autorstwa Ryszarda Rynkowskiego ;), jednak pod sam jej koniec robi się nieco chóralnie. Z kolei ostatni utwór - "Jeff" najbardziej kojarzy mi się z Bryanem Ferry z totalnym psychodelicznym odjazdem w końcówce.

Sami widzicie jak dziwna i nieprzewidywalna to muzyka. Jest w niej coś z psychodelii przełomu lat 60-70 tych, jest coś z nowofalowej estetyki lat 80- tych, jak również coś ze współczesnej alternatywnej, OFF-owej estetyki (indie rock), jest trochę pastiszu i groteski, jak również pewna dekadencka nuta, jest wiele szaleństwa i muzycznego zakręcenia. Taka metoda kreowania muzyki sprawia, że produkt jaki dostajemy do ręki jest niezwykle intrygujący, na pewno nie można się przy nim nudzić. Intryguje do tego stopnia, że bez skrupułów stawiam wysokie 8.

8/10

Marek Toma
Komentarze