26.01.2020
RECENZJE
ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain

TWILIGHT FORCE - Dawn Of The Dragonstar

ŁUKASZ DRAPAŁA & CHEVY - Potwory

THE RYSZARD KRAMARSKI PROJECT - Mr. Scrooge

SCYLLA - Apex + Beneath

MARCIN PAJAK - Other Side

V/A - Tribute to ACID DRINKERS - Ladies And Gentlemen On Acid

HOVERCRAFT - Full of Eels

NO MORE JOKES - A Ludzie Się Patrzą...

DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland


Nawigacja
Artykuły » Artykuły/Felietony » Yeti, Nosferatu i Skorpiony, czyli coś z archiwum niemieckiego progrocka
Yeti, Nosferatu i Skorpiony, czyli coś z archiwum niemieckiego progrocka
Yeti, Nosferatu i Skorpiony, czyli coś z archiwum niemieckiego prorocka


Były już w tym dziale teksty o czeskich, włoskich i polskich progrockowych płytach sprzed trzech oraz czterech dekad . Pora więc na wizytę w Niemczech, gdzie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nastąpił prawdziwy urodzaj świetnych kapel grających szeroko rozumiany rock progresywny. Krytycy ochrzcili ten gatunek mianem krautrocka, co jednak niezbyt przypadło do gustu samym zainteresowanym. Trudno się dziwić, w końcu „knedlik rock”, czy „spaghetti prog” też nie brzmiałyby sympatycznie dla czeskich i włoskich muzyków... Mniejsza jednak o etykietki, grunt, że mimo upływu lat muzyka wciąż broni się świetnie!

1. Scorpions – „Lonesome Crow”
Perełka w dorobku niemieckich gigantów, dziś kojarzonych głównie ze stadionowym rockiem lub ckliwymi (aczkolwiek nieraz pełnymi uroku) balladami. Kontakt z debiutanckim krążkiem może być szokiem dla miłośników „Wind Of Change”. Na „Lonesome Crow” Scorpions zaproponowali frapującą mieszankę ambitnego rocka i psychodelicznych dźwięków. Zaś utwór tytułowy to po prostu kanon... Warto poznać ten album!

2. Ash Ra Tempel – „Schwingungen”
Rzecz dla fanów koncertowej części dwupłytowego albumu Pink Floyd „Ummagumma”. Tylko trzy utwory, ale nie liczy się ilość, lecz jakość. Niesamowity, oniryczny nastrój, a blisko dwudziestominutowy „Suche and Liebe” jest po prostu genialny.

3. Birth Control – „Hoodoo Man”
Wracamy do bardziej rockowych klimatów. Jeżeli lubicie Deep Purple, Uriah Heep, Vanilla Fudge i Iron Butterfly – bierzcie w ciemno! U naszych zachodnich sąsiadów grupa cieszyła się sporo popularnością w latach siedemdziesiątych, szkoda, że później rozmieniła swój status na drobne.

4. Amon Duul II – „Yeti”
Jedni z prekursorów niemieckiego progrocka. Słuchając „Yeti” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że panowie chętnie sięgali po różnego rodzaju używki poszerzające horyzonty... Zawartość płyty i tak jest jednak dużo bardziej przystępna niż „dzieła” ich kolegów, którzy działali pod szyldem Amon Duul. Znów kłania się „Ummagumma” wiadomego zespołu... Psychodeliczny odlot na wysokim poziomie.

Eloy5. Eloy – „Floating”
Tutaj miałem spory dylemat: debiut z charakterystyczną klapą od śmietnika na okładce, „Inside”, czy właśnie „Floating”. Po dłuższym namyśle wybrałem właśnie ten ostatni album, przede wszystkim ze względu na świetny riff „Castle In The Air” oraz obłędny finał w postaci „Madhouse”. Frank Bornemann i spółka byli wówczas w znakomitej formie, szkoda, że na kilku następnych płytach ograniczyli się do kopiowania Pink Floyd z okresu „Wish You Were Here”...

6. Tangerine Dream – „Electronic Meditation”
Intrygujący debiut późniejszych gigantów elektronicznego plumkania. Płyta trudna w odbiorze, czasem skręcająca w kierunku „Warszawskiej Jesieni”, ale wciągająca coraz bardziej z każdym kolejnym przesłuchaniem. Dodatkowy smaczek to Klaus Schulze, grający wówczas w Tangerine Dream na... perkusji.

7. Nosferatu – „Nosferatu”
W przeciwieństwie do Scorpions, Tangerine Dream, czy Birth Control temu zespołowi nie było dane zaznać smaku prawdziwego sukcesu. Szkoda, bo zawartość tego albumu rzuca fana progrocka na kolana. Rock, psychodelia, jazz, folk – a wszystko to zamknięte w sześciu kompozycjach. „Willie The Fox”, „Found My Way Home” i „No. 4” to kwintesencja i kanon gatunku.

8. Frumpy – „2”
Szczytowe osiągnięcie zespołu z Ingą Rumpf, wokalistką obdarzoną niebanalną barwą głosu. Pod względem muzycznym Frumpy to – najprościej rzecz ujmując - skrzyżowanie Deep Purple z okresu płyty „In Rock”z Pink Floyd z czasów „Atom Heart Mother” i „Meddle”. Słucha się tego wyśmienicie...

9. Out of Focus – „Out of Focus”
Jedna z najciekawszych niemieckich grup początku lat siedemdziesiątych. Muzycy łączyli w swoich utworach jazzowe, rockowe i ... folkowe inspiracje, a jak im to wychodziło przekonajcie się na własne uszy. Naprawdę warto poszperać za tym albumem.

10. Holderlin – Traum
Kolejny zespół w zestawieniu z wokalistką w składzie, tym razem śpiewającą w ojczystym języku. Bynajmniej to nie zarzut, niemieckie teksty bardzo fajnie dopełniają muzykę, wyraźnie inspirowaną folkiem. Piękna płyta, coś dla fanów Fairport Convention, czy Renaissance.

Robert Dłucik

P.S. Archiwa niemieckiego progrocka są również przepastne niczym zbiory enerdowskiej STASI, dlatego można by napisać felieton w kilku odcinkach a i tak nie wyczerpałoby się tematu. Subiektywna „dziesiątka” niech więc posłuży za wprowadzenie do tematu. Oczywiście liczbami nie należy się sugerować: to nie ranking, dziesiąta płyta na liście jest równie wartościowa jak pierwsza...

Komentarze