28.09.2020
RECENZJE
EXLIBRIS - Shadowrise

THE BLACK NOODLE PROJECT - Code 2.0

KRŮK - Nibykwiaty

SPARKS – A Steady Drip, Drip, Drip

BATUSHKA – Раскол/Raskol

ABEL GANZ - The Life of the Honey Bee and Other Moments of Clarity

STEEL PROPHET - The God Machine

DEEP PURPLE - Whoosh!

BOB DYLAN - Rough And Rowdy Ways

KONTRKULTURA - Wszystko Już Powiedziane

VERBAL DELIRIUM - From The Small Hours Of Weakness

OSTA LOVE - About Time

SBB - Jerzyk

CHAOS OVER COSMOS - The Ultimate Multiverse

HOVERCRAFT - Fall

PIOTR DAMSE - Inside Outside

H-ONE - MMLXIX

ALBION - Albion

COLIN BASS /DANIEL BIRO - Still

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - We Are The Night

BLACKLIGHT - Follow the Future

WAVE - [Dream]

DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine


Nawigacja
Artykuły » Artykuły/Felietony » ''Niepublikowane kawałki'', czyli to samo od nowa...
''Niepublikowane kawałki'', czyli to samo od nowa...
„Niepublikowane kawałki”, czyli to samo od nowa...


Ostatnio w mediach „na tapecie” jest chyba tylko jeden temat, ale ponieważ od ACTA (czemu cholera nikt nie dyskutuje o aktach, byłoby co wreszcie w TV oglądać;) można już zwariować, przeto na felieton postanowiłem wybrać nieco inny temat. Mianowicie: naciąganie fanów rocka na kasę pod szyldem reedycji z tzw. niepublikowanymi kawałkami, tudzież innymi rarytasami.

Siedzę sobie przed kompem, z radia leci muza, nagle przerwana reklamą. A w niej znajome dźwięki i oto jakiś podniecony głos oznajmia mi, że lada dzień na półki sklepowe trafią świeżutkie wydania płyt pewnej kultowej kapeli, oczywiście z „niepublikowanymi kawałkami”. Super... Po cholerę mi jednak sto pięćdziesiąte wydanie „Morrison Hotel” ? (bo o The Doors była mowa w rzeczonej reklamie). Dlaczego mam się dać nabrać na wydanie kolejnych siedmiu, albo i więcej dych, po to by kupić coś, co stoi od dawna na półce? Dla owych rzekomych rarytasów?

Sorry, ale mam gdzieś jakieś szkice, czy „alternatywne” wersje skończonych, dopracowanych wersji, znanych z oryginalnych wydań. Co mnie obchodzi, czy Manzarek zagrał na elektrycznym pianie zamiast klasycznego, a może akurat odwrotnie? Że Densmore raz stukał w tamburyn, a za drugim razem w bongosy? Że tu Krieger zagrał krótsze solo, a „niepublikowanym wcześniej” kawałku dłuższe, chociaż kompletnie bez sensu?

„Ten proceder niecny” – że zacytuję polskich klasyków hard rocka rozprzestrzenił się w ostatnich latach nieprawdopodobnie. Sprzedaż płyt leci na łeb, na szyję więc sprytni wydawcy próbują kombinować ile się da i z czym się da, by wydoić portfele miłośników rockowej klasyki.

Niedawno padł nawet jeden z ostatnich chyba już bastionów zdrowego rozsądku, mianowicie archiwa Pink Floyd. Kocham ich muzę miłością bezgraniczną, ale (a może właśnie dlatego) najnowsze wydania ich wiekopomnych dzieł zamierzam konsekwentnie ignorować.

„The Dark Side of The Moon” jest jedna, jedyna, wielka i wspaniała – oczywiście w wersji oryginalnej z 1973 roku. Podobnie jak późniejszy „Wish You Were Here”... Nie wiem jakie licho podkusiło Gilmoura, Watersa i Masona – do tej pory skutecznie przeciwstawiających się tego typu praktykom – na sięgnięcie do szuflad i opublikowanie „rarytasów” oraz „alternatywnych” wersji. Na brak funduszy chyba nie narzekają...

Przecież to tak jakby słynny pisarz nagle wydał serię swoich najlepszych książek z „niepublikowanymi szkicami”, które przed laty schował gdzieś w szpargałach. Bez sensu? Oczywiście, liczy się tylko skończone dzieło, takie jakie autor chciał, by trafiło do rąk czytelnika. Albo z innej artystycznej branży... Możemy wyobrazić sobie jakiś słynny film z dokrętkami scen, które zostały uznane wcześniej przez reżysera za słabe, niegodne widza?

Zresztą... „daremne żale, próżny trud” jak pisał poeta Asnyk. Za pięć, dziesięć lat, z okazji kolejnego jubileuszu na rynek trafią pewnie kolejne „cudownie odnalezione”, „niepublikowane wcześniej” rarytasy. Na przykład „Light My Fire”, w którym słychać jak wielki Jim puszcza bąka na tle solówki Manzarka... Paru chętnych do wydania kasy na pewno się znajdzie... Nieprawdaż?

Robert Dłucik






Komentarze