05.12.2019
RECENZJE
DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam

NIKKI STRINGFIELD - Harmonies for the Haunted

MILLENIUM - The Web

FRONTBACK - Don't Mind the Noise

VISION DIVINE - When All The Heroes Are Dead


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - L » La Paz - 2013 - The Dark and The Light
La Paz - 2013 - The Dark and The Light
la paz1. Little Black Book Of Songs
2. Don’t Drink With The Devil
3. Old Habits Die Hard
4. Burlesque
5. The Good Old Days
6. De la Luz
7. Devil in Disguise
8. Lonely Are The Brave
9. Shadow Of Romance
10. Sweet Little Mistreated
11. Men of War
12. The Fallen

Rok wydania: 2013
Wydawca: Metal Mind
http://www.lapazrocks.com/




La Paz prochu nie wynaleźli, ale zespoły, którym przewodzi Doogie White poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Dość fajnie wokalista rozgraniczył swoje obecne zainteresowania, udzielając się osobno w zespole heavy metalowym (Tank) i racząc nas hard rockowymi dźwiękami razem z La Paz... Na razie solowy album pozostawiam jako przypadek odosobniony, a progresywną przygodę z Cornerstone chyba mało kto już pamięta...

Wróćmy zatem do La Paz i ich nowego albumu. Pierwsze wrażenie kiedy trafia w nasze ręce fizyczne wydawnictwo... to miłe zaskoczenie grafikami, bowiem z wzorków i mazajów na okładce ukazują nam się zarysy twarzy... wnętrze bookletu utrzymane w podobnym duchu robi wrażenie jeszcze bardziej intrygujące, a wszystko utrzymane jest w ramach założonej konwencji.
Mnie ten album od razu przypadł do gustu. Przyznam, że nie spodziewałem się czegoś wyjątkowego w gatunku. Bo “The Dark and The Light” raczej po latach być może będziemy rozpatrywać jako jeden z porządnych ale niekoniecznie wybijających się albumów.

Bywa, że płyta klimatycznie zbliża się niebezpiecznie do przygody Doogiego zwanej "Stranger in us all" i to jest chyba zdrowa rekomendacja.
Bardzo wyraźny bas, sporo hammondów w iście purplowskim stylu i nieco ukłonów w stronę amerykańskiego bluesrocka, dopełnia skróconą charakterystykę nowej płyty.

Choć przy klawiszach mógłbym się zatrzymać na chwilę dłużej… mimo, że to wyraźnie drugoplanowy instrument na tej płycie (oprócz wspomnianych hammondowych ścian), zdarza się, że schowany gdzieś w tle motyw jest wyjątkowo warty uwagi… ciekawy, niespotykany brzmieniowo. Ciekawy jest także organowy przerywnik, potwierdzający tylko moje spostrzeżenie.
Nie zabrakło innych niespodzianek. Kiedy zobaczyłem we wkładce sekcję dętą i tytuł utworu "Burlesque", spodziewałem się przesady... okazało się, że zespół dość zgrabnie sięga po niekoniecznie rockowe standardy i przeszczepia je na grunt własnej stylistyki. Kawałek wyszedł nawet w pewnym sensie jako utwór ciężki… duszny. Trąbki i saksofony z powodzeniem pojawiają się ponownie również w udanym motywie w „Shadow of romace”. Plusik.

Jest pazur, jest dobre brzmienie, kapitalne solówki i garść fajnych melodii... przydałby się jeszcze jakiś killer, coś co chwyci mnie za serce, za gardło... Proszę bardzo – znajdę tu dla siebie nawet kilka. Pierwszym z nich jest „The good old days” kolejnym „Devil in Disguise” (rockowy konkret). Chętnie wracam też do wspomnianego „Burlesque”.
Byłbym zachwycony, jednak zespół nie ustrzegł się dłużyzny w postaci spokojniejszego „Lonely are the brave” i ten niby płynie w pewien Moore’owski sposób… jednak mnie na dłuższą metę nuży. Nie porwał mnie też „Shadow of romace”… chórek jak najbardziej, ale przesterowany wokal, to już trochę przesada i marnotrawstwo zasobów. Zabawa riffem zupełnie inne oblicze ma w utworze „Men of war”, gdzie ciężar buduje klimat a solówka w tle i złowrogie klawisze dopełniają całości obrazu.
Może i po kulminacji w okolicach połowy płyty, napięcie nieco opada… ale do poziomu jak najbardziej akceptowalnego. Taki „Sweet Littre Mistreated” zaliczę ponownie do moich faworytów. A w zestawieniu z ostrzejszą końcówką i przestrzennym outrem pozostawia zdecydowanie pozytywne odczucia.

Jeśli z powyższego opisu wywnioskowalibyście, że druga płyta La Paz to nic specjalnego... to tu byśmy się nie zrozumieli. Intencją moją jest raczej nie wywyższenie tej produkcji. Jest to zdecydowanie płyta warta uwagi i porządna na tle dobrych czy nawet bardzo dobrych przedstawicieli hardrockowej sceny.
Całość może i jest nieco przewidywalna… a na kilometr mieni się kolorami tęczy i purpurą… Ale obok oczywistych oczywistości pojawiają się zrywy formy. Zatem czy przewidywalność to jest zarzut jeśli płyta spełnia oczekiwania?

8/10

Piotr Spyra


Komentarze