15.08.2020
RECENZJE
SPARKS – A Steady Drip, Drip, Drip

BATUSHKA – Раскол/Raskol

ABEL GANZ - The Life of the Honey Bee and Other Moments of Clarity

STEEL PROPHET - The God Machine

DEEP PURPLE - Whoosh!

BOB DYLAN - Rough And Rowdy Ways

KONTRKULTURA - Wszystko Już Powiedziane

VERBAL DELIRIUM - From The Small Hours Of Weakness

OSTA LOVE - About Time

SBB - Jerzyk

CHAOS OVER COSMOS - The Ultimate Multiverse

HOVERCRAFT - Fall

PIOTR DAMSE - Inside Outside

H-ONE - MMLXIX

ALBION - Albion

COLIN BASS /DANIEL BIRO - Still

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - We Are The Night

BLACKLIGHT - Follow the Future

WAVE - [Dream]

DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - F » Flying Colors - 2014 - Second Nature
Flying Colors - 2014 - Second Nature
FC

1. Open Up Your Eyes
2. Mask Machine
3. Bombs Away
4. The Fury of My Love
5. A Place in Your World
6. Lost Without You
7. One Love Forever
8. Peaceful Harbor
9. Cosmic Symphony

Rok wydania:2014
Wydawca: Mascot Records
http://flyingcolorsmusic.com





Flying Colors możemy zaliczyć do tzw. „supergrup”. Neil Morse to firmowy produkt amerykańskiego progresywnego rocka, udzielający się niegdyś w Spock’s Beard, Transatlantic oraz wielu innych projektach grupowych i solowych; Mike Portnoy, od momentu odejścia z Dream Theater, zyskuje w moich oczach coraz bardziej - od „nowszej” wersji Neila Pearta do pełnoprawnego muzyka, angażującego się w dziesiątki inicjatyw muzycznych w różnych stylach. Steve Morse i Dave LaRue to koledzy z czasów Dixie Dregs oraz Steve Morse Band. Steve to na co dzień „etatowiec” w Deep Purple. O wokaliście, Casey’u McPhersonie wiem najmniej, jednak jego głos pasuje do muzyki popowej lub do lżejszej odmiany rocka. Z takich składników powstała mikstura pt. Flying Colors, której druga odsłona jest tematem tej recenzji. Da się to wypić?

Muzyka prezentowana przez panów to progresywny rock czerpiący garściami z doświadczenia jego członków, jak i z klasyków gatunku. Dużo tu brzmień w stylu Transatlantic, Kansas, Spock’s Beard. Co istotne, w ich muzyce na pierwszym planie uwypuklona jest melodia. Utwory, nawet te bardziej skomplikowane i zaaranżowane, krążą wokół głównych tematów, czasem zapuszczając się nieco dalej (w końcu „prog” pozwala na więcej wolności), ale mimo wszystko muzyka nie nuży, jest zwarta, konkretna i bardzo dobrze wykonana. Kunszt wykonawczy muzyków jest niepodważalny, bębny Portnoya nadają odpowiedni rytm muzyce, nie narzucają się tak bardzo, jak w Dream Theater, raczej elegancko osadzają utwory na rytmicznych fundamentach. Morse każdą gitarową partię właściwie podpisuje swoim nazwiskiem, jego gra jest bardzo charakterystyczna pod kątem doboru dźwięków, techniki gry oraz brzmienia. Już w pierwszym utworze prowadząca melodia mogłaby niejako wypłynąć z zakończenia poprzedniej płyty. Wokalizy są bardzo ciepłe i przyjemne, chórki miło dopełniają główny głos. Na wyróżnienie zasługuje piosenka „Peaceful Harbour”, piękny utwór rozpoczynający się delikatnym wstępem, gitarami akustycznymi, następnie temat powoli rozwija się aż do późniejszego finału na „pełnej mocy” zespołu przy wsparciu damskich głosów w stylu gospel. To jeden z obowiązkowych przystanków na tej płycie.

Można panom zarzucić, że to wszystko już było i nie wprowadzają zbyt wielu nowości. Jednak czy warto? Z albumu wręcz kipi energią zespołu, czuć, że czerpali dużą przyjemność z tworzenia tej muzyki. Ja czuję to samo wsłuchując się w ich ostatnie dzieło. Myślę więc, że nie warto.

8/10

Marcin Szojda
Komentarze