24.02.2017
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
RECENZJE

• EDDIE MULDER - Horizons
• ERADIKAL INSANE - Mithra
• ROMAN KOSTRZEWSKI - GŁOS Z CIEMNOŚCI - Mateusz Żyła
• MIKE OLDFIELD - Return to Ommadawn
• CHRIST AGONY - Legacy
• DIZEL - M.I.L.F.
• AANOD - Yesterday Comes Tomorrow
• THE LONG ESCAPE - The Warning Signal
• FAR FROM YOUR SUN - In the Beginning... was the Emotion
• THUNDER - Rip It Up
• KARFAGEN - Spektra
• KONTRKULTURA - Paranoje
• UNDERDAMPED SYSTEM - Phantom Pain
• BURNING POINT - The Blaze
• ANNIHILATOR - Triple Threat (BR+2CD)
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• HAMMERFALL, GLORYHAMMER, LANCER - Warszawa
• HAPPYSAD - Sosnowiec
• ACID DRINKERS - Sosnowiec
• THE HUMPS - Piekary Śląskie
• INO-ROCK 2016 - Inowrocław
• KABAT - Festiwal Moravske Hrady.cz, Hradec nad Moravici
• LOVE DE VICE - Warszawa
• TRAKTOR OPEN AIR - Hranice
• CIRCLE II CIRCLE, LORD VULTURE, DESERT - Warszawa
• KARFAGEN - Konin

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• NOCNY KOCHANEK - Ojciec Arkadiusz
• MEMOCRASHER
• EDEN'S CURSE - Paul Logue
• KILLSORROW - Michał Sokół
• RIVERSIDE - Mariusz Duda
• BACTERYAZZ
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview
• GUNSEN - The Adventure Of The Devil's Note - Review
• TITANIUM - Atomic Number 22 - Review

more articles


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - B » Blackfield - 2017 - Blackfield V
Blackfield - 2017 - Blackfield V

BLACKFIELD - Blackfield V



Blackfield - V

1. A Drop In The Ocean (1:23)
2. Family Man (3:37)
3. How Was Your Ride? (3:58)
4. We'll Never Be Apart (2:54)
5. Sorry s (2:58)
6. Life Is An Ocean (3:26)
7. Lately (3:24)
8. October (3:31)
9. The Jackal (3:56)
10. Salt Water (2:39)
11. Undercover Heart (4:02)
12. Lonely Soul (3:42)
13. From 44 To 48 (4:31)

Rok wydania: 2017
Wydawca: Kscope
http://www.kscopemusic.com/




Kilka lat temu, w świat poszła informacja, że Blackfield staje się dla Stevena Wilsona zamkniętym rozdziałem. Już ostatnia płyta projektu, była głównie dziełem Aviva Geffena, chociaż Steven podjął się miksu, produkcji i ubogacił tamten materiał partiami gitar, oraz kilkoma wokalizami. Mimo, że do jej realizacji Aviv zaprosił, szersze grono znamienitych gości, to moim zdaniem „Czwórka”, miała mniej polotu, niż płyty poprzednie. Cieszy więc, że Steven zmienił zdanie i historia tego sympatycznego duetu toczy się dalej. Bardziej piosenkowy i bardziej zwarty charakter muzyki Blackfield, idealnie równoważy to, co Wilson tworzy pod swoim własnym nazwiskiem.

Już sama okładka płyty stanowi wyraźne nawiązanie, do (chyba) najbardziej cenionego przez fanów, pierwszego albumu. Jak się to przełożyło na samą muzykę? Zwolennicy klimatycznych, rozmarzonych, czasem okraszonych symfonicznymi tłami, charakterystycznych blackfieldowych piosenek, nie powinni być zawiedzeni. „Jedynka” jednak, jest tylko jedna. Nowy materiał posiada natomiast pewien element, wyróżniający go pod względem muzycznym. Jedni to zaakceptują, a inni pokręcą pewnie nosem.

Nowa płyta rozpoczyna się trwającym niespełna półtorej minuty fragmentem „A Drop In The Ocean”, będącym pięknym, symfonicznym intrem. Bardziej dynamiczny (z fajnie tnącymi gitarkami w tle) „Family Man”, stanowi tutaj nie gorszy rozgrzewacz, niż pamiętny „Open Mind”, z debiutu. Zwolennicy lirycznych , subtelnych motywów, pewnie nie przejdą obojętnie, obok takich kompozycji jak: „How Was Your Ride?”, „Life Is An Ocean”, „October”, „The Jackal”, czy „Undercover Heart” (ten akurat kojarzy mi się z Bondem). Trochę ożywienia wnosi bardzo witalne „Lately”, z pięknym wokalnym żeński motywem w środku. Natomiast takie fragmenty jak „We'll Never Be Apart”, „Sorry s”, mimo że są przecież króciutkie, jednak nieco nużą. Dużo uroku ma natomiast niespełna 2,5 minutowy, instrumentalny, gitarowy „Salt Water”, ze smykami w tle. W samej końcówce płyty, nadchodzi to novum, o którym wspominałem wcześniej. „Lonely Soul”, to taka folkująca, wręcz soulowa, bardzo klubowa impresja, zdecydowanie odbiegającą od całości. Nie kręcąc nosem, przyjmuję ten eksperyment na przysłowiową klatę, mając jednak nadzieję, że to jednorazowa fanaberia. Płytę kończy natomiast, bardzo majestatyczna, mogąca skojarzyć się nieco, z dokonaniami Alana Parsonsa, kompozycja „From 44 To 48”.

Unosząc okładkową fiolkę do góry, można stwierdzić, że jej zawartość jest w sumie zacna. Gołym okiem jednak widać, że zabrakło tutaj składnika, chociażby na miarę kompozycji kończącej wspomniany pierwszy album Blackfield - „Hello”.
„Hello”- ale przecież „Jedynka”, jest tylko jedna...

7,5/10

Marek Toma
Komentarze
Komentarze
#1 | raphson dnia luty 13 2017 16:26:21
jedynym nawiązaniem do "jedynki" jest tylko okładka bo muzycznie to ta płyta jest miałka, bez polotu, popowy badziew, "jedynka" miała w sobie gitarowego zadziora, tutaj to wszystko jest bez charakteru, pioseneczki przelatują i nic nie zostaje w głowie, Steven mógłby coś wreszcie stworzyć z Porcupine Tree niż tracić czas na takiego bezbarwnego kloca...
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?