26.09.2017
RECENZJE

• MURDER SHOW - Warning
• SYNDIA - Syndia
• METUS - Black Butterflies
• AVE - Ave
• PRISTINE - Ninja
• MORDOR - Nothing...
• THALAMUS - Hiding From Dylight
• KORPIKLAANI - Live At The Masters of Rock
• MILLENIUM - The Cinema Show
• MOONSPELL - Extinct
• AYDEN - Identity
• THE PRISONER - Life of the Mind
• 1000DEAD - Thousanddead
• NERVECELL - Past, Present... Torture
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• SUNRISE - Ostrów Wielkopolski
• ULI JON ROTH, THE HEAVY CRAWLS - Katowice.
• INO ROCK - Inowrocław
• PROG IN PARK - Warszawa
• RIVERSIDE, LION SHEPHERD, SLTEOTW - Katowice
• BLAZE BAYLEY - Tychy
• VOTUM, ART OF ILLUSION - Chorzów
• THE NEAL MORSE BAND - Warszawa
• THE BREW - Piekary Śl.
• PROGROCKFEST 2017 - Legionowo
• SIENA ROOT, BRAIN CONNECT - Chorzów

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• INDYGO
• NOVVA - Łukasz Stalmach
• RHAPSODY OF FIRE - Alex Staropoli
• LoTH - Maciej Sołtys
• PROCOL HARUM - Gary Brooker
• SNAKEBITE
• BLAZE BAYLEY

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview
• GUNSEN - The Adventure Of The Devil's Note - Review

more articles


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - D » Deep Purple - 2017 - InFinite
Deep Purple - 2017 - InFinite

DEEP PURPLE – InFinite




1. Time for Bedlam
2. Hip Boots
3. All I’ve Got Is You
4. One Night In Vegas
5. Get Me Outta Here
6. The Surprising
7. Johnny’s Band
8. On Top Of The World
9. Birds Of Prey
10. Roadhouse Blues

Rok Wydania: 2017
Wydawca: earMusic
http://www.deeppurple.com</a>





Deep Purple, legenda, która na zawsze pozostanie w moim sercu jako wzorzec rockowego, melodyjnego grania, obowiązkowo zawierającego bardzo dobre solówki, zarówno na gitarze, jak i na rzadko już używanych w dwudziestym pierwszym wieku organach Hammonda. Niestety mniej więcej od wydanego w 2005 roku albumu „Rapture of the deep” purpurowa gwiazda zaczęła powoli blaknąć i spadać. Z płyty na płytę utwory stały się coraz bardziej nijakie, nieco wydumane i bez ostrego pazura, do którego zespół przyzwyczaił swoich słuchaczy. Na poprzednim albumie („Now what?!") znalazłem zaledwie jedną kompozycję wartą rockowej legendy. Dodatkowo setlista kolejnych tras koncertowych stała się mocno przewidywalna: bo czy ktoś jeszcze bywa „zaskoczony” Mazurkiem Dąbrowskiego lub polonezem Chopina, wykonywanym przez Dona Aireya podczas kolejnych polskich koncertów? Ktoś mógłby powiedzieć – oni już nic nie muszą.

Nie powiem, czekałem z utęsknieniem na ich kolejny studyjny krążek. Nie jest poza tym przecież żadną tajemnicą, że ich czas na scenie nieuchronnie dobiega końca (nie najmłodszy już wiek muzyków, a co za tym idzie problemy zdrowotne Morse’a i Paice’a). Ten stan postanowili znacząco oddać tytułem płyty (chociaż „In…”, to jednak „…Finite”) oraz mottem trasy, promującej album („The Long goodbye tour”).

Jeśli więc jest to rzeczywiście pożegnalna płyta, to czy zespołowi udało się wskrzesić swojego dawnego ducha? Bez dwóch zdań warto się przekonać. Już utwór, który otwiera album („Time for Bedlam”) jest niezwykły. Rozpoczyna go mroczne klawiszowe tło i ciekawa, przetworzona elektronicznie melorecytacja w wykonaniu Gillana. Później jest równie ciekawie (riff przypomina nieco „Pictures of home", ale zapewne o to chodziło): szybko, riffowo, bez kombinowania... Trochę chaosu wprowadza niestety dziwna solówka Dona Aireya w środku, ale to i tak jeden z najlepszych numerów Purpli od zakończenia epoki Blackmore’a i Lorda. Na szczęście ten krótki chaos nie psuje całkowicie tego świetnie zagranego kawałka, który kończy się tak, jak się zaczął: recytacją Gillana (który napisał świetny, dający do myślenia tekst).

Naprawdę dobry start, ale obawa, czy nie jest to aby jedyna dobra kompozycja nadal pozostaje. Dlatego czas na „Hip boots", który jest jak dla mnie typowym, nieco wymęczonym rockandrollowym zapychaczem i gdyby nie Gillan oraz drapieżne solo Morse’a, przepadłby w tej nijakości, znanej z poprzednich płyt. Inną sprawą, o której pomyślałem przy tym utworze jest produkcja. Trudno pojąć, dlaczego ktoś tak doświadczony, jak Bob Ezrin już od poprzedniej płyty na siłę cofa brzmienie Deep Purple do lat 70. XX wieku (chociaż produkcji z „Machine head” i tak nie da się odtworzyć) i nie nadaje mu na przykład tej przestrzeni, którą świetnie było słychać na rewelacyjnym „Purpendicular”. Uważam, że mimo wszystko jest to ogólnie psucie całkiem fajnego grania.

Kolejny numer to „All I got is you". Świetny początek w wykonaniu grupy: właśnie takich Purpli chce się słuchać. Rozpoczyna Paice z Gloverem i Aireyem, do których łkająco dołącza Morse i „opowiadający” Gillan, który wokalnie na tej płycie naprawdę jest wyborny, a tutaj nawet krzyczy i przeklina (!). Dość kosmiczna, niemal „space-rockowa” solówka na klawiszach również wypada fajnie, a parę sekund dostaje tu także i Morse. I tym sposobem doszedł nam kolejny purpurowy klasyk, w którym wszystko gra tak, jak powinno.

„One night in Vegas" to z kolei riff w stylu „Ariel" z fajnym bulgoczącym klawiszem i basem. W tym kawałku prym wiedzie Airey z różnymi klawiszowymi wstawkami (ogólnie dość dużo go na albumie, ale na szczęście nie jest nieznośnie irytujący, jak na poprzednich albumach). Warto jednak zwrócić uwagę na to, co wyprawia Morse wraz z Paice’em – po prostu rewelacyjnie napędzają ten numer. Esencja rockandrollowej zabawy kompozycją. Mankament? Dziwne echo u Gillana. Na szczęście nie tak nachalne, jak w utworze numer dwa.

Początek „Get me outta here" należy do Paice’a i przez moment sam kawałek nieźle się rozwija, jest ciężki, motoryczny, ale dość dziwny – trochę jednak trochę bez pomysłu Efektem tego jest nijaka, przewidywalna solówka na klawiszach i podobnie przeciętna na gitarze. Czyżby drugi z zapychaczy? Niestety troszkę tak brzmi.

Dlatego czas na zdecydowanie najlepszy i najciekawszy utwór na płycie. „The surprising" rozpoczyna się od rewelacyjnych, niemal „filmowych” klawiszy i jeszcze lepszej gry gitary. Tak pięknie grającego Morse'a ostatni raz słyszałem chyba w króciutkim „Contact lost" na „Bananach”. Tworzenie klimatu rozpoczyna się od Gillana, po którym pałeczkę przejmują Airey i Morse – w pewnym momencie robi się nawet bardzo progresywnie, a Paice momentami tu brzmi jak pewien Nicko. Środkowa część to romantyczne wyciszenie z płaczącą gitarą (nastroje niemal oldfieldowskie), znów wchodzi Gillan i wokalną klamrą spina to małe arcydzieło. Takiej piosenki z pewnością Purple do tej pory jeszcze nigdy nie nagrali. Utwór roku…?

„Johnny's band" startuje od fajnej gry na klawiszach i gitary. Jednak w tym kawałku to Roger Glover zasługuje na laury, zaś sama kompozycja jest lekka, płynąca, niemal pop-rockowa, w stylu najlżejszych dokonań Rainbow. Niestety nie wysila się w niej zbytnio Gillan, co jest jednak in minus. Sam kawałek absolutnie nie należy jednak do kategorii zapychaczy.

Kolejny na płycie, „On top of the world" to z kolei – przynajmniej przez pierwsze dwie i poł minuty – Purple, którym najbliżej do „Purpendicular”. Świetne klawisze i bas podbijający perkusję. Dobrze też brzmi refren. Niestety w połowie kompozycyjnie utwór umiera – następuje cięcie realizacyjną siekierą i Gillan postanawia opowiedzieć nam krótką historyjkę, a jego głos jest znów przetworzony. No i nie wiadomo po co potem znów wchodzi zespół, który i tak jest wyciszony po parunastu sekundach. Skutkiem tego utwór brzmi jakby był niedokończony.

Ostatnią autorską kompozycją jest „Birds of prey". Na początku Airey trochę kopiuje pomysł Rush z piosenki „Tom Sawyer”, a wokal Gillana brzmi jak zwielokrotniony i przetworzony, co nie jest tutaj najlepszym pomysłem. Sytuację ratują tu Morse i Glover (riff jest jak najbardziej purplowski, tak samo zresztą, jak i wspaniałe solo pod sam koniec utworu). Kawałek jest jednak nieco wydumany i rozciągnięty. Niby wszystko gra, ale momentami ma się wrażenie że gdzieś brakuje już tej pary z początku albumu, co tylko potwierdza decyzja Boba Ezrina o wyciszeniu utworu.

I na koniec… cover. Deep Purple gra The Doors. A dokładniej: „Roadhouse blues” z płyty „Morrison Hotel” z 1970 roku. Z tego samego roku, w którym Purple wydali płytę-pomnik, „In rock”. Jest harmonijka ustna, luz i zachowawcza wersja szlachetnej kompozycji. Po co?

Być może po to, by powiedzieć, że historia Deep Purple właśnie się zakończyła (znamienne, wyróżnione graficznie na okładce słowo „finite”)? Bardzo prawdopodobne jest to, ze lodołamacz z okładki zmierzający na południe, płynie właśnie do stoczni, na długi odpoczynek. Jeśli więc tak jest, po tylu latach rockowego rejsu po mniej lub bardziej wzburzonych wodach z pewnością mu się to należy.

7/10

Mariusz Fabin
Komentarze