05.12.2019
RECENZJE
DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam

NIKKI STRINGFIELD - Harmonies for the Haunted

MILLENIUM - The Web

FRONTBACK - Don't Mind the Noise

VISION DIVINE - When All The Heroes Are Dead


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - L » Labyrinth - 6 Days to Nowhere
Labyrinth - 6 Days to Nowhere

1. Crossroads
2. There Is A Way
3. Lost
4. Mother Earth
5. Waiting Tomorrow
6. Come Together [The Beatles cover]
7. Just One Day
8. What???
9. Coldness
10. Rusty Nail
11. Out Of Control
12. Wolves 'N' Lambs
13. Smoke And Dreams
14. Piece Of Time

Rok wydania: 2008
Wydawca: Scarlet Records




O włoskim zespole Labyrinth wypowiadałem się wiele już razy. Choćby z tego względu, że brdzo cenię sobie dwie skrajnie różne albumy grupy. "Return to heaven's Denied", powermetalowe arcydzieło, oraz progresywny album "Freeman". Niejednokrotnie też ubolewałem nad tym jak zespół z albumu na album coraz gorzej brzmi. Album "6 days to nowhere" recenzowałem już swego czasu na innym serwisie. Zaraz po tym jak album się ukazał. Jednak po niemal półtora roku od wydania postanowiłem przyjrzeć się płycie na zimno. Bez żadnych uprzedzeń, ale też bez teryfy ulgowej jaką często otrzymuje jeden z naszych ulubionych zespołów kiedy wyda gorszą płytę.

W "6 days to nowhere" pobrzmiewa gdzieś jeszcze echo "Freeman", zarówno jeśli chodzi o budowanie kompozycji, jak i subtelne smaczki. Jest to kolejny jednak album grupy, który brzmi gorzej niż poprzednik. Przede wszystkim koszmarnie słychać plastikowy werbel. Jeśli chodzi o same kompozycje, to Labyrinth dalej ma patent na melodie... gorzej z aranżami. To tutaj upatruję pogorszenia brzmienia zespołu (oprócz kulejącej produkcji).
Mamy tu do czynienia ze skomasowaniem dobrych pomysłów, często pozornie kontrastujących. Samo jednak połączenie ich nie jest tak umiejętne jak to bywało na wcześniejszych płytach.
Rekord wielowątkowości bije utwór "Lost" w którym od akustycznego początku przez motyw niemal blackmetalowy, trafiamy na soczyste gitary w stylu flamenco. Wbrew pozorom utwór jest dość spójny. Tylko z brzmieniem mogło by być lepiej.
W kilku motywach akustycznych na albumie słychać wyeksponowaną ładnie przestrzeń... zatem całą winę za "kwadratowe brzmienie" ponosi werbel. Czy producent był głuchy na jedno ucho?

Albumu słucha się więc z mieszanymi uczuciami. Okazuje się nawet, że nie pomaga dystans, który człowiek nabiera po upływie czasu. Z jednej strony wiele jest tu kapitalnych motywów, z drugiej utwory z nich zbudowane są nie tak ciekawie, jak na wcześniejszych albumach. Odnoszę wrażenie, ze te same pomysły kilka lat temu Labyrinth zaprezentowałby nam lepiej.
Na szczęście płyty słucha się dość dobrze, jest to po prostu średniak w dyskografii zespołu.
Cóż, ja na Labyrinth jeszcze kreski nie postawiłem, czekam niecierpliwie na kolejny album.
A na zimno płytę oceniam na siedem z minusem.

6,75/10

Piotr Spyra
Komentarze