19.02.2020
RECENZJE
SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio

HALFORD - Resurrection

YENISEI - The Last Cruise

ORGANIC NOISES - Organic Noises

ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain

TWILIGHT FORCE - Dawn Of The Dragonstar

ŁUKASZ DRAPAŁA & CHEVY - Potwory

THE RYSZARD KRAMARSKI PROJECT - Mr. Scrooge

SCYLLA - Apex + Beneath

MARCIN PAJAK - Other Side


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - V » VAN HALEN - 1984
VAN HALEN - 1984

VAN HALEN - 1984


VAN HALEN - 1984<

1. 1984
2. Jump
3. Panama
4. Top Jimmy
5. Drop Dead Legs
6. Hot For Teacher
7. I'll Wait
8. Girl Gone Bad
9. House Of Pain

Rok wydania: 1984
Wydawca: Warner Bros. Records
http://www.van-halen.com/





Firma Warner kilka lat temu wpadła na bardzo dobry pomysł wydawania kilkupłytowych boksów w cenie pojedynczego albumu. Jest to całkiem niezła zachęta dla amatorów serwisów streamingowych oraz pospolitych piratów aby sięgnąć po fizyczne, oryginalne wydania, a także okazja dla fanów chcących uzupełnić braki w dyskografii. Seria „The Triple Album Collection” jak już wskazuje sam tytuł zawiera trzy najbardziej klasyczne pozycje z dorobku danego wykonawcy. Do boksu poświęconego Van Halen, który ostatnio nabyłem, logicznie wybrano te krążki, które odniosły największy komercyjny sukces w karierze legendarnego kwartetu z Pasadeny: debiutancki „Van Halen”, ten który zapewnił grupie długotrwały status rockowej megagwiazdy, czyli „1984” oraz pierwszy z ery Sammy’ego Hagara, „5150”. Postanowiłem rozłożyć na części składowe drugi z wymienionych.

Szósty longplay Van Halen w epoce był po prostu skazany na sukces. Co prawda, lżejsze patenty z wykorzystaniem instrumentów klawiszowych grupa stosowała już od czasów „Women And Children First”, jednak na „1984” muzycy w całości postawili na gładsze, typowe dla metalu lat 80-tych, bardziej przyjazne radiu brzmienie, jednocześnie wkomponowując w nie swoje znaki firmowe, takie jak wirtuozerskie solówki Eddiego Van Halena czy charakterystyczne górki Davida Lee Rotha. Całość, choć o wiele bardziej przystępna dla masowej publiczności niż wszystkie wcześniejsze płyty, nie popełnia żadnej muzycznej zdrady.

To właśnie z „1984” pochodzi największy przebój zespołu, „Jump”. Otwierająca go charakterystyczna partia klawiszy to chyba najbardziej znany rockowy motyw, którego nie zagrano na gitarze. Tekst tego kawałka został zadedykowany przez Rotha słynnemu kickbokserowi Benny’emu Urquidezowi, do którego wokalista swego czasu uczęszczał na zajęcia ze sztuk walki. Równie przebojowy jest jeszcze bardziej zdominowany przez brzmienia obsługiwanego przez młodszego z braci Van Halenów syntezatora Oberheim OB-Xa „I’ll Wait”. Tutaj gitar, które w „Jump” pojawiały się w śladowych ilościach, nie ma praktycznie wcale. Ktoś kto trwał przy grupie od samego początku musiał być nieźle zszokowany po przesłuchaniu tych dwóch singli. Jednak te numery (wraz z introdukcją nazwaną tak jak cały album) stanowią na „1984” jedynie margines. Pozostałe 6 kompozycji to już wyłącznie gitarowa jazda na najwyższych obrotach. Tu prym wiodą kolejne dwa single, „Panama” (o samochodzie) i „Hot For Teacher” (o dzieciaku napalonym na seksowną nauczycielkę). Pierwszy z nich to absolutna kwintesencja twórczości Van Halen. Z miejsca wpadający w ucho zadziorny riff i kolejny przebojowy refren przypomniały tym, którzy kręcili nosem po „Jump”, za co należy uwielbiać ten zespół. Pojawiające się w trakcie mostka odgłosy gazowanego samochodu Eddie wygenerował swoim Lamborghini Miura S z 1972 roku wprowadzając je do studia i przystawiając mikrofony do wydechu. Tak się trzeba było kiedyś nastarać aby uzyskać dźwięk, który dziś można w minutę ściągnąć z internetu. Natomiast „Hot For Teacher” to popis umiejętności starszego z braci, który nakładając na siebie kilka partii podwójnej stopy osiągnął dźwięk przypominający warkot zapuszczanego Harley’a. Wyróżnia się także wieńczący płytę „House Of Pain”, w którym Eddie raczy nas tym za co lubimy go najbardziej, czyli rock n’ rollowym riffowaniem podświadomie wywołującym tupanie nóżką.

„1984” w zasadzie nie ma słabych punktów. Tak jak wcześniej wspomniałem, brzmienia syntetyczne zostały idealnie zrównoważone gitarowym hałasem i w ogóle nie rażą słuchacza. Nie ma tu ani jednego zapychacza, jak to zdarzyło się na poprzedniej płycie, „Diver Down”, gdzie niemal połowę materiału stanowiły covery. Niestety po wydaniu albumu i zakończeniu promującej go trasy z zespołem rozstał się coraz bardziej skonfliktowany z braćmi Van Halen Roth. Na fali sukcesu płyty grupa kontynuowała nowo objęty kierunek, już z Hagarem w składzie. Ten album to także ostatnie studyjne dokonanie wszystkich czterech członków oryginalnego składu. Na powrotnym „A Different Kind Of Truth” z 2012 roku basistę Michaela Anthony’ego zastąpił syn Eddiego, Wolfgang.

10/10

Patryk Pawelec
Komentarze