13.07.2020
RECENZJE
DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - D » DIONYSUS - 2004 - Anima Mundi
DIONYSUS - 2004 - Anima Mundi

DIONYSUS - Anima Mundi


DIONYSUS - Anima Mundi

1. Divine
2. Bringer of War
3. Anima Mundi
4. My Heart is Crying
5. March for Freedom
6. What
7. Eyes of the World
8. Forever More
9. Paradise Land
10. Closer to the Sun
11. Holy War

Rok wydania: 2004
Wydawca: AFM Records





Pamięta ktoś wokalistę, który śpiewał na „King of the Nordic Twilight” Luca Turilli? Olaf Hayer, bo o nim mowa był wokalną podporą Dionysus – grupy, która nie wyróżniała się niczym nadzwyczajnym w swoim gatunku jakim jest power metal. „Anima Mundi” jest jednak ich szczytowym osiągnięciem zawierającym oklepane melodie i wokale. Nie da się nie porównać tej muzyki do Stratovarius i Nocturnal Rites. Czytając te dwie nazwy niektórzy już sobie wyrabiają zdanie na temat Dionysus. Osobiście nie mam im nic do zarzucenia, grają tak, jak im serce podpowiada. Zatem zabierzmy się do słuchania drugiego długograja Szwedów. Pierwszego niestety nie znam.

Płytę otwiera „Divine” - szybki numer o nienagannych muzycznych manierach. Helloween z epoki Keeperów, początek utworu z ery „Master of the Rings”, klawiszowe zagrywki w stylu Rhapsody Of Fire, wokal a la Stratovarius, duch Luca Turilli z pierwszej płyty… Mam wymieniać dalej? Jest to chyba niepotrzebne. Piosenka sprawdza się jako otwieracz. Jest wystarczająco szybka, sprawna, melodyjna, choć brakuje jej tej magii, która by przyciągała na dłużej. Brzmi zbyt cukierkowato przez klawisze, co mdli. Szczerze, to mam dylemat z jej oceną. Piosenka jest niby prosta, ale słuchając jej raz za razem mam mieszane uczucia. Spowodowane jest to chyba faktycznie klawiszami. Cóż, widocznie taki zamiar mieli muzycy. Ale numer się sprawdził na dobry początek.

Drugi w kolejności jest „Bringer of War” - tu już mamy ociężały klimat, przez 5 minut wybrzmiewają mozolne riffy, jakiś taki apokaliptyczny wokal… Co to jest? Chyba power metalowe Black Sabbath. Nie, kawałek nie trafiony, nie ma tutaj nic, co mogłoby zasługiwać na uwagę, więc przejdę do tytułowego „Anima Mundi”. Tu jest już o wiele lepiej. Sonata Arctica nie powstydziłaby się mieć takiego hitu na „Silence”. Jest moc, jest szybkość, jest zabawa. „My Heart is Crying” brzmi przepięknie. Słychać echa thrashu, progresji, jest dużo melodii oraz wokalu na dość dobrym poziomie. To się nazywa power metal!

„March for Freedom” to już drugi dramat na płycie. 6 minut żałosnej muzyki. Nie polecam. W „What” możemy usłyszeć uderzająco podobne klawisze do Sonata Arctica, dynamikę i chęci, by było dobrze. Czy się to udało? W pewnej mierze tak. Muzycznie jest lepiej od poprzednika, ale muzycy grają trochę jakby na siłę, a wokal brzmi nieswojo. Pojawił się kolejny dylemat: dobry czy niedopracowany song? Bardziej oscylowałabym wokół tej drugiej opcji. „Eyes of the World” jest jak lekarstwo na wcześniejsze bolączki. Power metalowe zagrywki dają nam chwile radości. Padłeś? Powstań. Tak też zrobili muzycy Dionysus i wyszło im to na dobre.

Za to „Forever More” to istna bomba. Takiej petardy się nie spodziewałam. Tylko jedna rzecz zawadza, a mianowicie uderzające podobieństwo do Stratovarius i Sonata Arctica. Nawet bym dodała do tego duetu Symfonię – tą samą, gdzie grali: Uli Kusch, Timo Tolkki i Jari Kainulainen. Wszystko zostało w rodzinie, lecz nie przetrwało na rynku muzycznym. A szkoda, bo goście mieli potencjał i pomysł na swój projekt. Wróćmy jednak do „Anima Mundi”. Powoli zbliżamy się do końca. „Paradise Land” to ponowne skojarzenia z Sonata Arctica i ich debiutem „Ecliptica”. Dużo jest innych zapożyczeń, co nie wygląda obiecująco. Czyżby zżynali od power metalowej śmietanki? Śmiem powiedzieć, że tak jest.

A co nas czeka na końcu? „Closer to the Sun” ponownie wibruje naleciałościami innych grup. Nawet nie będę już wymieniać jakich, bo wcześniej zostały przytoczone. Typowy power metalowy kawałek, który nie wnosi nic nowego do tego gatunku. Zamykający płytę „Holy War” to błędy instrumentalistów, mało nośne brzmienie oraz okropny wokal. Zakończenie nieudane.

Jeśli chodzi o ogólną ocenę to będzie przeciętna. Na „Anima Mundi” jest kilka szlagierów („Divine”, utwór tytułowy, „Forever More”), kilka przeciętniaków (chociażby „Eyes of the World”), ale nie brakuje zwykłych wypełniaczy. Nie pozostaje mi nic innego jak dać taką ocenę, jaką powinnam dać.

6/10

Marta Misiak
Komentarze