07.12.2019
RECENZJE
ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam

NIKKI STRINGFIELD - Harmonies for the Haunted

MILLENIUM - The Web

FRONTBACK - Don't Mind the Noise

VISION DIVINE - When All The Heroes Are Dead


Nawigacja
Artykuły » Relacje z koncertów » 2019.11.24 - LEPROUS, THE OCEAN, PORT NOIR - Wrocław
2019.11.24 - LEPROUS, THE OCEAN, PORT NOIR - Wrocław

24.11.2019
LEPROUS, THE OCEAN, PORT NOIR
Wrocław - Zaklęte Rewiry







Zespołu LEPROUS słucham już od dobrych kilku lat i jestem ich fanem. Jednakże jakoś nie złożyło się, aby spotkać ich na żywo. Pomijam fakt koncertu, który dwa lata temu panowie z Norwegii zagrali przed Devinem Townsendem jako support w krakowskim Kwadracie, bo jak się okazało po wczorajszym wieczorze, tamten był jedynie namiastką. Niezrażony tym, że nie do końca jestem przekonany do ostatniego albumu wyruszyliśmy w doborowym towarzystwie do wrocławskich Zaklętych Rewirów.

Nie wspomniałem jeszcze o moich wątpliwościach co do akustyki wspomnianego powyżej klubu. Gdy byliśmy w nim dwa tygodnie wcześniej, podczas koncertu gwiazdy wieczoru ostentacyjnie wyszedłem po 30 minutach bo uszy po prostu krwawiły. Z tymi obawami na początku ustawiliśmy się przy jednym z filarów usytuowanych blisko sceny. Na niej już ustawione były ogromne litery układające się w nazwę pierwszego z supportów. Było to szwedzkie trio PORT NOIR założone w 2013 roku. Panowie Love Andersson, AW Wiberg oraz Andreas Hollstrand od tego czasu nagrali trzy albumy. Do Wrocławia przyjechali aby promować najnowsze dzieło „The New Routine”, które wydali w maju tego roku. I to kompozycje z tego albumu wypełniły 30-minutowy set. Przyznaję, że po tym krótkim, intensywnym koncercie zostanę słuchaczem i obserwatorem dalszych poczynań zespołu. Było dynamicznie, intensywnie. Śpiewający Love Andersson ma wokal bardzo czysty i dobrze współgrający z instrumentami. Do tego skaczący gitarzysta Andreas i nieoszczędzający się na perkusji AW. Po prostu mnie kupili. Ich muzyka jest mocno inspirowana m.in. Rage Against The Machine czy Queens of the Stone Age. Ja nawet odnalazłem w jednym z utworów nawiązania do Depeche Mode. Podczas tego występu wybrzmiały tylko kompozycje z ostatniego albumu m.in. „Champagne” czy „Blow” oraz na zakończenie najlepszy na albumie „13”. Muszę przyznać, że była to ogromna przyjemność słuchać tych trzech wikingów i dobry prognostyk na dalszą część wieczoru. Jeśli chodzi o akustykę, do niczego nie można było się przyczepić. Może trochę ze światłami nie było najlepiej, co mogło przyprawiać o ból głowy fotografów w fosie ale okazało się, że dla nich najgorsze miało dopiero nadejść.

Po tym rewelacyjnym początku przyszedł na według mnie najsłabszy punkt programu. Na scenie pojawił się niemiecki zespół THE OCEAN, o którym w kuluarach słyszało się, że ma już status gwiazdy. No, w sumie skoro na swoim koncie ma już siedem albumów to można tak twierdzić. Mnie jednak nie zdołali przekonać do siebie przez te 45 minut. Zresztą przez pierwszy kwadrans był jakiś problem z nagłośnieniem. Nie wszystko ze sobą współgrało. Wokal zlewał się z pozostałymi elementami spektaklu. Później akustykowi udało się poprawić balans pomiędzy wokalem a instrumentami. Trudno jest jednak sklasyfikować jaki rodzaj muzyki wykonuje sekstet z Berlina. Ni to metalcore, ni to numetal, prog-metal czy post-metal. Wokal Loic’a Rossettiego to dla mnie połączenie Yann’a Lignera (Klone) z Chesterem Benningtonem (Linkin Park). Zresztą elementy muzyki tego ostatniego zespołu też były słyszalne podczas tego koncertu. Świetnie też wyglądało gdy Loic skoczył na ręce publiczności i śpiewał tam przez jakiś czas. Z tym koncertem jest jeszcze związana mała wpadka. Wspomniany wcześniej wokalista gdy zwracał się do publiczności pomylił się i zawołał Kraków zamiast Wrocław. Możliwe więc, że The Ocean będzie towarzyszył Leprousowi również w przyszłym roku na trasie. Wizualnie jednak było tragicznie. To co było widać to mleko z elementami zieleni i czerwieni, także nie można się było spodziewać jakiś fantastycznych zdjęć. Po prostu nie dało się nic uciągnąć z tego co było widać. Jednakże mimo początkowych problemów słychać zespół było dobrze (przynajmniej w pobliżu barierek okalających akustyków i świetlików bo tam spędziliśmy ten koncert). Z kronikarskiego obowiązku warto wspomnieć, że The Ocean ograniczył się do repertuaru z ostatnich dwóch albumów „Pelagial” oraz „Phanerozoic I: Palaeozoic”.

Po zakończeniu ich występu mieliśmy trochę czasu aby zmienić ponownie pozycję, bo pomiędzy The Ocean a gwiazdą wieczoru miało być pół godziny przerwy. Ustawiliśmy się "na plecach" oświetleniowca Leprous i tam spędziliśmy już cały koncert. Z 10 minutowym opóźnieniem względem rozpiski czasowej na scenie pojawili się Einar Solberg i spółka. Przy ogromnej owacji zebranej publiczności zaczęli od pierwszego singla z najnowszego albumu „Pitfalls” czyli „Below”, do którego teledysk (o czym później również wspomniał Einar) został zrealizowany właśnie we Wrocławiu. Bez przerwy przeszli do „I Lose Hope” jednego z moich ulubionych utworów na nowym krążku. Zresztą dopełnienie wiolonczelą w tym utworze było strzałem w dziesiątkę. Po tych dwóch utworach już można było zobaczyć z jaką półką mamy do czynienia. Pan "świetlik" to człowiek o umiejętnościach najwyższego sortu. Może czasami mignął bo wymagała tego muzyka ale poza tym każdy klawisz na konsolecie idealnie współgrał z tym co mogliśmy obserwować na scenie. Zresztą uwielbiam ludzi, którzy wykonują swoją pracę z pasją i to było widać w tym człowieku. A na scenie ogień… Po drugim utworze frontman przywitał się ze zgromadzonymi fanami. Do tego z zaskoczeniem przywitał się również fanami stojącymi z boku sceny, których wcześniej nie zauważył ponieważ w Zaklętych Rewirach jest taka możliwość aby obserwować z bliska pracę muzyków zaraz przy barze. Po przywitaniu powiedział, że na tej trasie stara się łapać więcej kontaktu z publicznością co rzeczywiście było widać na przestrzeni całego występu. Po tym wstępie pojawiło się „Illuminate” z poprzedniego albumu „Malina”. Do tego momentu miałem jeszcze wątpliwości co do formy wokalnej Einara podczas tego wieczoru bo chyba struny jeszcze nie były rozgrzane. Wszystko zostało rozwiane podczas wstępu do kolejnego utworu. Był to „The Cloak” jak się później okazało jedyny przedstawiciel z płyty „Coal”. Później nastąpił jeszcze cover zespołu Massive Attack „Angel” i płynny przeskok do „The Price” z magnum opus zespołu czyli albumu „The Congregation”. Z tego ostatniego wybrzmiał później jeszcze „Slave” z growlującym Einarem. Podczas podstawowego setu pojawiły się jeszcze „Observe The Train”, „Alleviate” (z pięknym, rozbudowanym intro), „Bonneville” (trochę zmieniony na początku względem wersji albumowej) oraz „Distant Bells” (ponownie zauważalne wyżyny wokalne Einara Solberga). Trwało to wszystko około 80 minut. Zespół zszedł lecz na placu boju pozostał wiolonczelista Raphael Wienroth-Browne i wyciął przepiękną solówkę po czym zespół wykonał jeszcze „From The Flame”. Pojawiły się gorące owacje a z drugiej strony wielkie podziękowania z ust Einara a na zakończenie Panowie zagrali najdłuższy i najbardziej monumentalny utwór w dyskografii czyli prawie 13-minutowy „The Sky is Red” wieńczący ostatni album.

Cały zespół na scenie to niesamowity żywioł. Widać, że się świetnie bawią i mają już wszystko dopięte na ostatni guzik. Sam Einar mimo tego, że miał ostatnio problemy depresyjne, na scenie jest jak zwierzę. Świetnym zabiegiem były podwyższenia z których korzystali muzycy wszystkich zespołów górując nad zebraną publicznością. Świetnie to wyglądało z daleka i było też ukłonem w jej stronę, ponieważ scena w Zaklętych Rewirach jest bardzo niska.

Nie ma takich słów aby opisać pod jakim wrażeniem wychodziliśmy z Zaklętych Rewirów, które wydaje mi się, że odczarowaliśmy w ostatni sobotni wieczór. Mogę spokojnie napisać, że zespół Leprous jest to światowa czołówka koncertowa. Perfekcja w każdym calu. Już nie mogę się doczekać spotkania w lutym przyszłego roku w krakowskim Kwadracie (bo zapewne się tam zobaczymy) aby posłuchać raz jeszcze setu z „Pitfalls Tour”. A do tego jeszcze nowe odkrycie w postaci Port Noir. Nie mogło być lepiej. Zresztą ten koncert z pewnością pojawi się w moim osobistym podsumowaniu bieżącego roku bo jest tego godny. Jeśli wcześniej wahaliście się czy wybrać się na jeden z trzech koncertów w lutym 2020 to mam nadzieję, że ten tekst rozwiał wszelkie wątpliwości. Ja wracam do kolejnych odsłuchów „Pitfalls” bo przede mną jeszcze wiele do odkrycia na tym albumie.






Michał „Angelus” Majewski
Komentarze