31.03.2020
RECENZJE
ADMINISTRATORR - Czy

SYLOSIS - Cycle Of Suffering

NOMAD - Transmogrification (Partus)

INVERTIGO - Inmotion

JULIA MII - To ja, księżyc

DEPECHE MODE - Speak & Spell

VOLTURYON - Cleansed by Carnage

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

PENDRAGON - Love Over Fear

LIZARD - Master & M

MECH - Tasmania

SEPULTURA - Quadra

MARKO HIETALA - Pyre Of The Black Heart

SUBTERFUGE - Prometheus

VIRGIN SNATCH - Vote is a Bullet

DEPECHE MODE - Delta Machine

MYSTERY - Live in Poznań

SBB - Welcome

KILLSORROW - Killsorrow

FLAMING ROW - The Pure Shine

VOYAGER - Colours in the Sun

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - O » OSBOURNE, OZZY - 2020 - Ordinary Man
OSBOURNE, OZZY - 2020 - Ordinary Man

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man




1. Straight to Hell
2. All My Life
3. Goodbye
4. Ordinary Man
5. Under the Graveyard
6. Eat Me
7. Today Is the End
8. Scary Little Green Men
9. Holy for Tonight
10. It's a Raid
11. Take What You Want
Rok wydania: 2020
Wydawca: Epic Records / Sony Music
https://www.ozzy.com/





Przyznam szczerze, że album, który Ozzy Osbourne po latach stworzył ze swoją macierzystą formacją Black Sabbath, czyli „13” z 2013 roku w momencie wydania był dla mnie dziełem absolutnie kompletnym, idealnie podsumowującym wówczas 45-letnią profesjonalną karierę Księcia Ciemności jak i jego kolegów. Zaś solowy dorobek legendarnego wokalisty rok później został należycie uhonorowany przekrojową kompilacją „Memoirs of a Madman”. Wiedziałem oczywiście, że promując oba te wydawnictwa Osbourne będzie występował, zarówno z Sabbs jak i solo, ale nie spodziewałem się, że starczy mu sił aby napisać jeszcze jeden rozdział swojej historii. Zatytułował go po prostu „Zwyczajny facet”. Zarówno starzy fani Black Sabbath, jak i młodzi adepci ciężkich brzmień zgłębiający klasykę gatunku, a także czytelnicy portali plotkarskich, którzy Księcia znają z poświęconego jemu i jego rodzinie reality show „The Osbournes” powinni się zgodzić, że taki zwykły to ten Ozzy nie jest. O jego niezwykłości nie stanowią fakty, że odgryzł głowę nietoperza czy gołębia, ani, że przebrany w damską sukienkę, pod wpływem alkoholu i narkotyków zbezcześcił swym moczem elementy zabytkowej fortyfikacji Alamo. O tym, że nowa płyta powinna raczej nosić tytuł „Extraordinary Man”, świadczy półwieczne (licząc od momentu wydania debiutu Black Sabbath) muzyczne dziedzictwo wokalisty, ponadczasowe kompozycje, które stworzył (nie umniejszając jego współpracownikom) i fakt, że wciąż mu się chce.

Ani artysta, ani jego management, ani wytwórnia nie zrobili z premiery albumu jakiegoś sztucznie podniosłego wydarzenia. Po prostu w pewnych momentach podano konkretne informacje: album wydamy wtedy a wtedy, single ukażą się w następujących dniach i będą nosić takie a takie tytuły. Czy wierzyli, że Ozzy wciąż jest dla wszystkich gwiazdą pierwszego formatu i kupią w ciemno wszystko czego by nie wydał? Nie sądzę. Myślę, że, tak jak wskazuje tytuł, Zwyczajny Człowiek uznał, że wyda Zwyczajną Płytę w Zwyczajny Sposób.

Lista współpracowników, którzy popełnili wraz z Ozzym ten album jest szokująca i to podwójnie. Z jednej strony w nagraniach nie wziął udziału nikt z zespołu obecnie towarzyszącego Księciu na koncertach, a skład ten, który w latach 80. i 90. był jedną wielką sinusoidą, dziś jest spójny od lat. Na „Ordinary Man” nie usłyszymy ani klawiszowca Adama Wakemana (z Ozzym od 2004 roku), ani basisty Roba Nicholsona (od 2006), ani perkusisty Tommy’ego Clufetosa (od 2010). Po tych panach nikt specjalnie nie płakał, jednak największą sensacją był brak udziału Zakka Wylde’a, najbardziej kojarzonego dziś z Ozzym gitarzysty i lidera Black Label Society, który do łask Księcia powrócił w 2017 roku. Wylde jednak przyznał, że nie ma żalu o brak zaproszenia go do nagrań. Skoro jednak Ci muzycy nie wystąpili, to kto ich zastąpił? Ano sama śmietanka. Za gitary odpowiada tu Andrew Watt, młodszy od Ozzy’ego o 42 lata muzyk i producent (również tego albumu), który wg najświeższych wypowiedzi wokalisty okazał się kluczowym współpracownikiem i motywatorem do działania przy powstawaniu „Ordinary Man”. Panowie poznali się dzięki współpracy Osbourne’a z Post Malone’em, dla którego Watt jest nadwornym producentem i gitarzystą. Za perkusją zasiadł Chad Smith z Red Hot Chili Peppers, a za bas chwycił Duff McKagan z Guns N’ Roses. Gościnnie udzielili się także kolega z zespołu tego ostatniego, Slash oraz Elton John i Tom Morello.

Album zaczyna się od krótkiej chóralnej wokalizy, po czym Watt startuje z riffem „Straight to Hell”. Dołącza sekcja, Ozzy rozpoczyna identycznie jak sabbathowy klasyk „Sweet Leaf” z 1971 roku słowami „All right now!” i jedziemy! Riff utworu i jego rytm kojarzą mi się trochę z „Oildale (Leave Me Alone)” Korna. Ozzy informuje nas, że tego wieczoru wybiera się prosto do piekła. Nieco po wybiciu drugiej minuty pojawia się spokojniejszy przerywnik, w którym podmiot liryczny z perspektywy obserwatora stwierdza, że choć bohater utworu nie wie czego, to jednak czegoś mu brakuje. Mimo wszystko lepiej będzie dla niego zaszyć w ciemność. Czyli gdzie? Ano do piekła, o czym ponownie informuje nas Książę wraz z powrotem ciężkich riffów i wybrzmieniu solówki kędzierzawego Pana w czarnym cylindrze. Zaraz jednak mamy kontrast: „All My Life” epatuje spokojnymi zwrotkami naprzemiennie z ciężkimi, kroczącymi refrenami. Zakładam, że tytuł utworu jest nieprzypadkowy: Ozzy, wielki fan The Beatles, w 2005 roku, na płycie „Under Cover” przerobił identycznie zatytułowaną piosenkę Wielkiej Czwórki. Następnie mamy nawiązanie do własnej przeszłości: na początku „Goodbye” Ozzy odlicza od jednego do czterech, a zaraz potem pojawia się rytmiczne nabijanie na bębnie taktowym, zaś wokalista przetworzonym głosem pyta „Czy masz jakieś wspomnienia?” Kto zgadnie do jakiego utworu ten zabieg nawiązuje? ;) Na charakterystycznych uderzeniach centrali zbudowano całą pierwszą część kawałka, zmiana klimatu, podobnie jak w przypadku „All My Life” następuje parę sekund po drugiej minucie, by następnie wrócić do poprzedniego motywu. Gitary, ani w partiach rytmicznych, ani w solówkach (mówię tu o partiach Watta, bo styl Slasha jest z miejsca rozpoznawalny) nie są imitacją ani brzmienia Tony’ego Iommi’ego ani Zakka Wylde’a. Mi osobiście bardziej przypominają sound ukręcony przez Metallikę na „Hardwired… To Self-Destruct”. Pod koniec zaś, charakterystyczną dla siebie kanonadę perkusyjną prezentuje Smith. W tekście nagranego z udziałem Eltona Johna utworu tytułowego mamy kulminację elementów biograficznych Ozzy’ego, wszechobecnych na tej płycie. Muzycznie jest to epicka ballada, w której Ozzy rozlicza się z własną przeszłością. Należy pamiętać, że po pierwszym rozstaniu z Black Sabbath uczynił to samo w „Goodbye To Romance”, który był pierwszą napisaną przez niego solową kompozycją. Druga zwrotka śpiewana przez Johna oraz jego akompaniament na fortepianie czynią z tego utworu wspaniałego następcę kawałka sprzed 40 lat. Piękna klamra, nieprawdaż?

O ile poprzednie utwory są świadectwem uporządkowania przez Ozzy’ego wszystkich spraw, tak „Under The Graveyard” jest kawałkiem jednoznacznie depresyjnym i przypominającym o ułomności życia ludzkiego. Wersy takie jak „I wake up and I hate myself” czy „I don’t wanna be my misery, my enemy” pewnikiem są zainspirowane poważnymi problemami zdrowotnymi z jakimi w ostatnich latach boryka się Ozzy. Ostatnio nawet natrafiłem na artykuł wg którego Książę miał ponoć powiedzieć w jakimś wywiadzie, że cierpi niewiarygodne bóle przez 24 godziny na dobę. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że na temat Parkinsona u Ozzy’ego puszczono w ostatnim czasie wiele kaczek dziennikarskich, nawet takich, że muzyk leży na łożu śmierci.

Wróćmy jednak do płyty, której drugą połowę rozpoczynają charakterystyczne dźwięki harmonijki ustnej. Kiedy usłyszałem ten fragment po raz pierwszy, pomyślałem, że to taka zmyłka dla słuchacza, który słysząc taki wstęp myśli, że zaraz poleci jakiś blues. Jednak po chwili doszło do mnie, że wiem skąd kojarzę te dźwięki. Otóż ta melodia jest bardzo podobna, o ile nie taka sama jak ta, którą grają więźniowie pod celą. Ozzy w młodości spędził 6 tygodni w areszcie za włamanie do sklepu odzieżowego (wcześniej próbował również ukraść telewizor, jednak musiał go porzucić podczas ucieczki). Zaraz po tej krótkiej introdukcji dołącza McKagan, który wygrywa riff basowy zbliżony do tego, który Bob Daisley zaprezentował w „Believer”. Muzycznie „Eat Me” jest najbardziej na tej płycie zbliżony do klasycznych dokonań Ozzy’ego z Sabbath. Gitara Watta ma tu autentycznie coś z brzmienia Mistrza Riffów. Charakterystyczny sposób tłumienia strun w zwrotkach nadaje wrażenie, że mamy do czynienia z wariacją na temat „War Pigs”, do którego dodano więcej groove’u. W refrenie, tak jak w słynnym numerze z płyty „Paranoid”, riff się zagęszcza, a następnie wraca do poprzedniego motywu. Wychwyciłem jeszcze jedno nawiązanie, choć to już raczej zakrawa na illuminati: zwróćcie uwagę na ostatni, wybrzmiewający akord w refrenie oraz identyczny na końcu, ostatni w całym utworze. Jest to identyczne zakończenie wyrazu muzycznego jak w „Suck My Kiss” Red Hot Chili Peppers z płyty „Blood Sugar Sex Magik”. Na tym samym albumie w przeboju „Give It Away” pod koniec pojawia się cycat ze „Sweet Leaf” Black Sabbath, zaś tutaj na perkusji gra Chad Smith. Przypadek?

„Today Is The End” to z kolei najnudniejszy utwór na płycie. Początkowy riff budzi nieznaczne skojarzenia z Metalliką z okresu „Load”/„Reload”, lecz dalej jest to kolejny utwór noszący znamiona epitafium, w tym przypadku przekombinowany, przesadnie nostalgiczny i nie tak poruszający jak kawałek tytułowy. Początek „Scary Little Green Men”, w którym Watt bawi się efektem flanger jest równie nużący, jednak zaraz potem na ratunek przybywa gwiazdorska sekcja rytmiczna. Ozzy zaczyna śpiewać niemalże acapella, z towarzyszeniem jedynie pojedynczych uderzeń w werbel i w strunę basu. Akurat McKagan nie wręcza nam tu żadnej swojej wizytówki, natomiast Smith jak najbardziej. Taki dźwięk najczęściej używanego elementu zestawu perkusyjnego, o charakterystycznym nie za wysokim, nie za niskim strojeniu membrany, potrafi wydać tylko bębniarz RHCP. Nudnawe, flangerowe pasaże niestety jeszcze wracają, jednak Smith nadal ratuje sytuację swoją grą, włączając także swoje równie charakterystyczne szesnastki, a w mostku również mistrzowskie przejścia, z których słynie w macierzystej grupie podczas swoich żywiołowych solówek w trakcie koncertów.

Honor ballad, naruszony nieco przez „Today Is The End” odratowuje „Holy For Tonight”, podniosła, poruszająca piosenka, na której powinna zakończyć się ta płyta. Podczas solówki pojawiają się piękne orkiestracje, a samo solo jest jedyną partią Watta, która kunsztem może w pełni dorównywać obecnym na „Ordinary Man” partiom Slasha. Ozzy śpiewa w towarzystwie damskiego chórku, który dodaje utworowi jeszcze większego uroku. Jako utwór zamykający sprawił by się świetnie, jest niemal tak piękny jak „Shot in the Dark”. Gdyby płyta zakończyła się w tym miejscu, na początku pewnie przeszłoby mi przez myśl wystawienie maksymalnej noty, a po trzeźwym powtórnym przestudiowaniu całości dałbym może 8/10.

Niestety, pozostały jeszcze dwa utwory. Kolaboracja Księcia z raperem Post Malone’em ma swoje plusy i minusy. Do plusów należy zaliczyć wspomniany już fakt, że dzięki tej współpracy Ozzy skumał się z Wattem, który wg zapewnień wokalisty był głównym sprawcą powstania „Ordinary Man”; również znajomość Osbourne’a ze Smithem została zacieśniona dzięki raperowi. Niestety wspólne produkty obu Panów w ogóle do mnie nie przemawiają. „It’s a Raid” to jeszcze pół biedy, nie pasuje co prawda do pozostałych utworów na płycie, ale jako bonus track umieszczony na zasadzie ciekawostki jeszcze mógłby się obronić, choć ta maksymalnie przesterowana i tnąca po uszach gitara razi okropnie. Nie rozumiem natomiast sensu wciśnięcia tu „Take What You Want”, które, będąc utworem rapowym o przysłowiowej dupie maryni, zaburza konwencję jawiącego się jako piękne muzyczne rozliczenie się Księcia ze wszystkim co należy uporządkować przed odejściem z tego świata albumu „Ordinary Man”. Po drugie, ten kawałek ukazał się już na płycie rapera, zeszłorocznym „Hollywood’s Bleeding”, gdzie pasuje i do konwencji tekstowej i muzycznej. Sama partia Ozzy’ego nie jest zła, wokalista zabrzmiał jak tylko potrafi najlepiej, artykulacja również wyszła mu naturalnie. Jednak nie widzę sensu w upychaniu tego utworu na tę płytę, nawet jako bonus, czy nawet jako hidden track. Całe jedno oczko w dół.

Przyjaciel Ozzy’ego, Lemmy Kilmister, do końca swych dni pozostał sobą i nawet nie rozmyślał zbyt dużo o śmierci. Nawet jeżeli rzeczywiście cierpiał katusze, to fakt ten nie był tak rozbuchany przez media jak obecny stan Ozzy’ego. Jego ostatnia płyta, „Bad Magic”, nie była płytą pożegnalną, tylko kolejnym albumem Motörhead w starym wypróbowanym stylu. Ozzy jest inny. Ozzy na pewne rzeczy jest bardziej wrażliwy. I nawet jeżeli choć w części rzeczywiście jest tak, jak mówią niektórzy „życzliwi”, że to sztab managerski Osbourne’a z jego żoną na czele, stale chce wyciskać ze starego, schorowanego człowieka kolejne miliony dolarów zmuszając go w tym wieku i stanie do nagrywania i koncertowania, to jednak Książę Ciemności wciąż jest autentyczny. Wciąż jest tym Ozzym co 50 lat temu. Gdyby zmarł jutro, nie musiałby niczego żałować.

7/10

Patryk Pawelec
Komentarze