29.03.2020
RECENZJE
NOMAD - Transmogrification (Partus)

INVERTIGO - Inmotion

JULIA MII - To ja, księżyc

DEPECHE MODE - Speak & Spell

VOLTURYON - Cleansed by Carnage

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

PENDRAGON - Love Over Fear

LIZARD - Master & M

MECH - Tasmania

SEPULTURA - Quadra

MARKO HIETALA - Pyre Of The Black Heart

SUBTERFUGE - Prometheus

VIRGIN SNATCH - Vote is a Bullet

DEPECHE MODE - Delta Machine

MYSTERY - Live in Poznań

SBB - Welcome

KILLSORROW - Killsorrow

FLAMING ROW - The Pure Shine

VOYAGER - Colours in the Sun

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - D » DIABULUS IN MUSICA - 2020 - Euphonic Entropy
DIABULUS IN MUSICA - 2020 - Euphonic Entropy

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy


DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

1. A Lucid Chaos
2. Race To Equilibrium
3. Nuevo Rumbo
4. The Misfit’s Swing
5. In Quest Of Sense
6. Otoi
7. Blurred Dreams
8. On The Edge
9. Our Last Gloomy Dance
10. One Step Higher
11. Blind Muse
12. In The Vortex

Rok Wydania:2020
Wydawca: Napalm records
http://www.diabulusinmusica.com






Zwiedzając muzyczny świat warto czasem zajrzeć w miejsca, w których, jak by się mogło wydawać, muzyka metalowa nie gra pierwszych skrzypiec. Podczas moich muzycznych wojaży postanowiłem tym razem sprawdzić, jak wygląda scena nazywana metalem symfonicznym (aka goth-metalem) w słonecznej Hiszpanii. Mój wybór padł na stolicę prowincji Nawarra, Pampelunę. Zapewne wiele osób uzna, że w tym miasteczku, które liczy sobie około dwustu tysięcy mieszkańców nie ma nic innego prócz Sanfermines (święta Gonitwy Byków), które skutecznie rozreklamował niejaki Hemingway. Jak się okazuje, w Pamplonie jest jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy. Ci, którzy szukają uczty duchowej pielgrzymują przez Nawarrę szlakiem El Camino do Santiago de Compostela. Natomiast ci, którzy szukają uczty wzrokowej i smakowej bez wątpienia wybiorą przechadzkę do monumentalnej Cytadeli leżącej niemal w samym sercu miasta. Mogą przy okazji posmakować wybornych różowych i czerwonych win z takich szczepów, jak Garnacha, Tempranillo czy Syrah. Niestety wina z Nawarry nie należą do tych, z których zadowolona byłaby moja kieszeń, dlatego też posmakuję muzycznego wina, jakim jest pochodząca właśnie z Pampeluny grupa Diabulus In Musica. Obecnie jest to kwartet, w którym za mikrofonem stoi Zuberoa Anzárez, klawisze obsługuje jej mąż, Gorka Elso, struny gitar szarpie Alexey Kolygin, a za perkusją zasiada David Carrica. Postała w 2005 roku grupa ma na swoim koncie pięć albumów oraz jeden audiobook oparty na mitologii baskijskiej. Przełomowym momentem dla grupy był jednak rok 2015 i wspólny koncert wraz z chórem Nawarry oraz orkiestrą symfoniczną. Dzięki temu wydarzeniu zespól obrał kierunek, który możemy usłyszeć na najnowszym albumie nazwanym „Euphonic Entropy”. Pora odkorkować wreszcie ten album i posmakować dźwięków sączących się z bodegi Diabulus In Musica.

Album otwiera krótkie intro w postaci różnych efektów klawiszowych. W „Lucid chaos” pomiędzy ciekawymi partiami klawiszy a okołosmyczkowymi efektami możemy odnaleźć pierwsze żeńskie wokalizy, które płynnie przechodzą do „Race to equilibrium”. Tutaj od początku nie ma taryfy ulgowej. Szybkie tempo idealnie współgra z ciężką i mocną gitarą. Głosu wokalistki na szczęście nie da się porównać do innych wokalistek z nurtu metalu symfonicznego, ponieważ ma ona swoją ciekawą barwę, a która jeszcze pokaże, na co ją stać. Pośród gonitwy instrumentów, zarówno tych elektrycznych, jak i orkiestralnych równie ciekawie wypadają pompatyczne chórki w refrenie oraz growl, który wykonuje tu Gorka. To wszystko jednak jest fundamentem pod drugą część kompozycji, w której występuje prawdziwie metalowy chór i melodyjna Zuberoa. Pod koniec mamy jeszcze powrót do tego, od czego zaczęliśmy numer, czyli ciężkiego riffu połączonego ze znacznie szybciej grającą perkusją. Zaczęło się ciekawie. Smakujmy więc dalej.

„Nuevo rumbo” rozpoczyna się od fantastycznej, ciężkiej i nisko nastrojonej gitary. Wszystko to połączone z hiszpańskim tekstem. Nie ma w tej kompozycji ani słowa po angielsku co sprawia, że słuchacz czym prędzej szuka tekstu i próbuje go zrozumieć. Ja jednak wsłuchuję się w znów w fenomenalne partie chóru, które spokojnie mógłby stworzyć Christofer Johnsson z najlepszych orkiestrowych Therionowych lat. Jest to kompozycja, która znów cieszy ucho świetną pracą perkusji i dogrywającej jej gitary. Ależ tam się piekiełko rozgrywa w tle i te klawisze brzmiące niczym Hammond. W międzyczasie mamy jeszcze jedną growlową wstawkę, która nie razi uszu i jest doskonałym uzupełnieniem całości.

Jednym z najbardziej zaskakujących mnie numerów na płycie jest niewątpliwie „The Misfit’s swing”. Ogromne brawa dla zespołu za to, że zdecydował się nie iść po linii najmniejszego oporu, jak większość kapel z tego nurtu. A co takiego wymyślili? Otóż połączyli brzmienie najczystszego metalu z nutami, które można usłyszeć w kabaretach czy filmach przedwojennych. Wszystko jednak jest przepięknie wysmakowane. Proszę zwrócić uwagę na tę niesamowita sekcję dętą w tle, ależ oni swingują. Chórek zaś przypomina mi trochę partie napisane przez Danny’ego Elfmana, nadwornego kompozytora muzyki do filmów Tima Burtona. Żeby wszystko brzmiało jak należy, wokalistka też brzmi jak z minionej epoki, jakby jej głos odtworzono z jakiejś starej płyty. Prosty pomysł, a jakie to wszystko efektowne i przy okazji radosne.

„In quest of sense” jest powrotem do ciężkiego, metalowego grania na poważnie. Nieźle brzmi tu z początku połamany riff gitary, power metalowa galopada. Chwilę później już jednak robi się bardzo nightwishowo za sprawą sopranowego śpiewu Zuberoi, która jednak w żaden sposób nie próbuje być ani Tarją ani tym bardziej Floor. Takie porównania mogą się pojawić, acz będzie to niesprawiedliwe dla każdej z nich, ponieważ Hiszpanka ma zupełnie inną barwę zarówno sopranu, jak i czystego śpiewu. Sama kompozycja zaś niezła, z ciekawą partią chórów. Tu jednak cała konstrukcja oparta jest na ciężkim riffie gitary oraz perkusji.

Na tym jakże interesującym albumie jest jeszcze jedna niespodzianka. Pojawia się ona w kompozycji „Otoi”, wykonywanej po baskijsku. Pierwsze skojarzenia biegną więc w kierunku jednego zespołu: Eluveitie. Ja jednak słyszę również folkowo-poprockowy Nox z Węgier, głównie dlatego, że śpiew zbliżony jest trochę do wokalu Szylvii Peter Szabo. Do tego dogrywa chwytliwy flecik. Róznica jest jednak taka, że siłą rzeczy Nox nie używał growlu, który jest tu obecny. Sama kompozycja bardzo ciekawa i warta poznania, bo znów dzieje się w niej dużo dobrego. Jest momentami skocznie, momentami podśpiewuje gdzieś delikatny chórek, a wszystko na metalową nutę. Po raz kolejny wszystko jest na swoim miejscu, włącznie z ciekawymi wokalizami. Całość zamyka przeszywająca gra instrumentów smyczkowych. Pierwsza część albumu przebiegła bardzo smakowicie.

Numer siedem to „Blurred dreams”, które okazuje się być balladką z nastrojowymi klawiszami i delikatnym głosem wokalistki. Jest to kolejny numer, gdzie Zuberoa perfekcyjnie przemieszcza się wokalne po skali operowej, aż do czystego śpiewu ozdabiając go z lekka arabeskowymi smaczkami. Interesująco, pełen przejęcia brzmi tu także chór, a nad wszystkim czuwa mocna, ale nastrojowa gitara.

„On the edge” to powrót do ciężkiego, metalowego grania, bardzo zbliżonego na przykład do Amaranthe. Jest więc gonitwa gitary i szybka jazda perkusji. Nie do końca jestem przekonany do linii melodycznej wokalistki, lecz na szczęście z pomocą przychodzi znów świetna partia chóru i growlu, która sprawia, że oba głosy zdają się ze sobą rozmawiać. Mostek pomiędzy refrenem a zwrotką należy do wokalistki, która tu pokusiła się o melodyjny fragment. Niedługo później chór robi już tylko za pomysłowe tło dla wokaliz Gorkiego. Warto też zwrócić tutaj uwagę na niesamowitą pracę stóp perkusji, która w połączeniu z gitarą daje kopa niczym byk pędzący po pampeluńskim bruku, aż całe miasto trzęsie się posadach.

„Our last gloomy dance” rozpoczyna się od werbla i fanfar – dętych oraz chóralnych, a później jest przepięknie za sprawą smyków i ciężkiej gitary. Niestety kolejne minuty to delikatny zgrzyt. Oto bowiem zespół znów poeksperymentował i tym razem wziął na warsztat walczyki i quasi-operetkową wokalizę. Tym razem jednak nie wyszło to oryginalnie, lecz nijako i karykaturalnie. Całość próbuje ratować bardzo therionowo brzmiący chór, ale niestety ta kompozycja nie przekonuje niczym, pomimo jej pozornego bogactwa środków wyrazu.

„One step higher” to jeszcze jeden z tych ciężkich pędzących kawałków. Co ciekawe Zuberoa śpiewa tu lekko i melodyjnie. Nie ma co prawda w jej głosie metalowego zadzioru, ale jest fajny efekt multiplikacji wokalu. Mamy tu także partię chóru, która jednak wydaje mi się zbędna. Cała reszta brzmi całkiem nieźle dla ucha. Murowany hit koncertowej setlisty.

Przedostatnią na płycie jest kompozycja „Blind muse”, którą otwiera perfekcyjna mocna perkusja, a wszystko spina chór. Ciekawym pomysłem jest tu połączenie dość szybkiego śpiewu chóru i nieco wolniejszego śpiewu wokalistki. Zresztą ma ona świetne pomysły na ubranie słów w odpowiednia melodykę i ekspresję. Warto zwrócić uwagę na grę gitary, zwłaszcza w momentach, gdzie podpina się ona do orkiestry, brzmiąc doskonale i bardzo rytmicznie. Mamy tu także lekko folkowo-renesansowe zwolnienie tempa, ale tylko po to, by znów uderzyć niesamowitą ścianą dźwięków orkiestry i gitary. Ależ znów się kapitalnie dzieje w tym numerze.

Na tym albumie jest tyle zaskakujących fragmentów, że zastanawiałem się czym zespół zaskoczy na finał. „In the vortex” to przecudnej urody wyciszenie za sprawą fantastycznej orkiestry. Robi się bardzo klasycznie i niemal poważnie, a nad całością czuwa rewelacyjny wokal. Jest pompatycznie, ale bez przesady. Śpiewaczka używa tu klasycznego rejestru śpiewu, który nie brzmi to jak np. przerysowana wersja Lori Lewis. Znów wszystko jest na swoim miejscu, włącznie z momentem, w którym kompozycja skręca niemal w power metal. Na szczęście jednak zespół zdecydował się na nieużywanie instrumentów kojarzących się z metalem i dzięki temu końcówka brzmi jak wycięta z filmu o przygodach kapitana Jacka Sparrowa, co absolutnie nie jest zarzutem.

W ten oto sposób kończy się moja przygoda z winem bodegi Diabulus In Musica. Jest to solidne, w pełni doskonale wyprodukowane i klarowne dzieło o nucie zarówno klasycznej, jak i metalowej. Wszystko to zabarwione jest wyśmienitym śpiewem. Warto zasmakować tego albumu, bo dzieje się na nim dużo. Zespół nie boi się nowych szlaków i podejmuje ryzyko wchodzenia w miejsca rzadko odwiedzane przez inne zespoły metalowe. Dlatego z pełną satysfakcją przyznaję „Euphonic Entropy” odpowiednio wysoką ocenę.

8/10

Mariusz Fabin
Komentarze