29.03.2020
RECENZJE
NOMAD - Transmogrification (Partus)

INVERTIGO - Inmotion

JULIA MII - To ja, księżyc

DEPECHE MODE - Speak & Spell

VOLTURYON - Cleansed by Carnage

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

PENDRAGON - Love Over Fear

LIZARD - Master & M

MECH - Tasmania

SEPULTURA - Quadra

MARKO HIETALA - Pyre Of The Black Heart

SUBTERFUGE - Prometheus

VIRGIN SNATCH - Vote is a Bullet

DEPECHE MODE - Delta Machine

MYSTERY - Live in Poznań

SBB - Welcome

KILLSORROW - Killsorrow

FLAMING ROW - The Pure Shine

VOYAGER - Colours in the Sun

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - D » DEPECHE MODE - 1981 - Speak & Spell
DEPECHE MODE - 1981 - Speak & Spell

DEPECHE MODE - Speak & Spell


DEPECHE MODE - Speak & Spell

1. New Life 3:46
2. I Sometimes Wish I Was Dead 2:18
3. Puppets 3:58
4. Boys Say Go! 3:07
5. Nodisco 4:16
6. What's Your Name? 2:45
7. Photographic 4:46
8. Tora! Tora! Tora! 4:36
9. Big Muff 4:25
10. Any Second Now (Voices) 2:35
11. Just Can't Get Enough 3:45

Rok Wydania: 1981
Wydawca : Mute Records
http://www.depechemode.com






Rockowe uniwersum zna kilka takich przypadków, w których występuje następujące zjawisko: powstaje zespół, którym kieruje określony lider. Pod jego wodzą grupa nagrywa debiutancki album, który zawiera materiał skomponowany w całości lub niemalże w całości przez ową centralną postać grupy i który odnosi umiarkowane sukcesy. Niby wszystko w porządku, lecz niestety zaraz potem ten lider z takich czy innych przyczyn opuszcza szeregi formacji, pozornie skazując ją na rozpad. Jednak pozostali muzycy przegrupowują się, wysuwają na front nowego kompozytora i po kilku latach odnoszą znacznie większy sukces niż w pierwotnym składzie, niejako przyćmiewając swoje wcześniejsze dokonania. Najsłynniejszym tego rodzaju fenomenem jest bodajże Pink Floyd, który dziś wszyscy kojarzą z pryzmatem na tle białego muru, dopiero zza którego wylatuje rajski ptak w osobie pierwotnego szefa gigantów rocka progresywnego, Syda Barretta. Z cięższych brzmień za podobny przykład może posłużyć zespół Misfits, który założony i pierwotnie prowadzony przez Glenna Danziga osiągnął zarówno artystyczny jak i komercyjny szczyt dopiero w 1997 roku wraz z płytą „American Psycho”, w momencie gdy jego były lider właśnie rozstał się z muzykami, którzy zapewnili sukces jego solowemu projektowi i rozpoczynał etap pikowania w dół, z którego do dziś nie udało mu się z powrotem poderwać.

Z czym natomiast kojarzy nam się grupa Depeche Mode? Z upajaniem się ciszą oczywiście. Angielska grupa swój prawdziwy rozkwit popularności przeżyła w 1990 roku, gdy na jej siódmym albumie studyjnym „Violator” zagościł, wydany również jako singiel, utwór „Enjoy The Silence”. Zespół oczywiście był już wcześniej znany, ale wciąż jednak wspinał się po szczeblach kariery, a tu nagle za sprawą jednego numeru (no dobrze, oddam także honory drugiemu singlowi z „Violator”, czyli „Personal Jesus”) stał się mega gwiazdą, wszedł na poziom, którego nigdy wcześniej nie osiągnął, i którego (mimo wielu wspaniałych albumów późniejszych) już potem nie przeskoczył.

Cztery lata później w górnych rejonach list przebojów zagościła urokliwa ballada z płyty „I Say I Say I Say” duetu Erasure. Tak samo jak w przypadku Depeszów, tandem Andy Bell/Vince Clarke miał już wcześniej na koncie kilka umiarkowanych hitów, ale dopiero dzięki „Always” o tych dwóch muzykach usłyszał cały świat. Dziś skupię się na drugim z wymienionych Panów.

Mało który z „piknikowych” fanów Depeche Mode wie, że w początkowym etapie działalności największym filarem brytyjskiej grupy był właśnie Vince Clarke. To on stworzył lwią część materiału, która trafiła na wydany w październiku 1981 roku debiutancki album grupy, „Speak & Spell”.

Clarke to oczywiście swoisty Wielki Elektronik, więc już na swojej pierwszej płycie zaprasza słuchacza do stworzonego przez siebie komputerowego imperium. Porównanie do jednego z dwóch głównych antagonistów Pana Kleksa nieprzypadkowe albowiem niektóre z melodii na „Speak & Spell” śmiało by mogły posłużyć za soundtrack do co poniektórych scen z bajkowego świata Jana Brzechwy. Zaczyna się od „New Life”, pogodnego songu w umiarkowanym tempie, którego tytuł można uznać za zwiastowanie nadejścia zupełnie nowych trendów we wszystkich odmianach muzyki rozrywkowej, które miały obowiązywać w tamtej dekadzie. Jakże ogromnie się to brzmienie różni od tego, które dziś się kojarzy z tym szyldem… Zaraz potem mamy stylistyczny zwrot, ale nadal nie w tym „oczywistym” kierunku. Bowiem dźwięki rozpoczynające „I Sometimes Wish I Was Dead” przywodzą na myśl, dzięki temu charakterystycznemu zniekształceniu, tradycyjne melodie z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jako trzeci w kolejności leci mój faworyt z tej płyty, „Puppets”. Jego wstęp kojarzy mi się ze ścieżką dźwiękową jednego z moich ulubionych filmów wszech czasów, czyli „Christine” Johna Carpentera powstałego na kanwie identycznie zatytułowanej powieści Stephena Kinga. Wokalna maniera Dave’a Gahana w tym numerze zaczyna powoli przypominać tę, która wkrótce stała się wizytówką frontmana grupy. Kolejne utwory kontynuują taneczną stylistykę proponowaną przez Clarke’a. Do „Boys Say Go!” co prawda nie powstał klip, ale jestem sobie w stanie dokładnie wyobrazić jakby takowy mógł wyglądać. Gahan gibający się w rytm kiczowatej choreografii, obowiązkowo już z nażelowanym krótko przystrzyżonym „lotniskiem” w towarzystwie paru czarnoskórych tancerzy i co jakiś czas przebitki na członków grupy prowadzących grupę randomowych statystów na barykady. W 1981 roku to byłby hit.

Pomiędzy dwoma następnymi utworami zachodzi jeszcze większy kontrast niż pomiędzy utworami nr 1 i 2. „Nodisco” to bodajże najbardziej zimna (a co za tym idzie kojarząca się z co bardziej nasyconymi elektroniką odłamami Nowej Fali) piosenka na płycie, zaś „What’s Your Name?” to kolejne kiczowate umpa-umpa do tupania nóżką. Zarówno Gahan, jak i Martin Gore zgodnie uważają ten numer za najsłabszy w swojej karierze. Całkowicie ich rozumiem. Nie chodzi nawet o to, że takie wesolutkie melodyjki nie pasują do pozostałych utworów. Zarówno „What’s Your Name?” jak i „Boys Say Go!” to po prostu takie mdłe pioseneczki dla chłopców kochających inaczej. Aż trudno uwierzyć, że czterech w pełni heteroseksualnych mężczyzn wypuściło tego rodzaju dźwięki. Przeczytałem gdzieś nawet na jakimś blogu, że te dwa utwory sprawiły, że jego autor stał się gejem.

Wraz z „Photographic” wracamy we właściwe rejony. W tym miejscu albumu nasuwa mi się kolejne, już trzecie skojarzenie z moimi ulubionymi dziełami kinematograficznymi, ponieważ ten numer, przynajmniej miejscami przywodzi mi na myśl motywy towarzyszące heroicznym poczynaniom Davida Hasselhoffa w kultowym serialu „Knight Rider”. Kawałek płynnie przechodzi w pierwszy z dwóch utworów Martina Gore’a na tym albumie. „Tora! Tora! Tora!” daje wyraźne świadectwo, że mamy do czynienia z innym kompozytorem. Baza utworu jest bardzo mroczna i niepokojąca, jednak kontrastuje z nią ni to wesoły ni to smutny motyw przewodni. To pierwszy w karierze zespołu dowód na to jak Gore potrafi spajać ze sobą elementy z pozoru do siebie nie pasujące. W swojej drugiej kompozycji, „Big Muff”, muzyk proponuje instrumentalną zabawę różnego rodzaju syntezatorami a la Marek Biliński. Brzmi ona troszkę niedopracowanie. Choć ma stałą bazę, to jednak zagrywki pełniące rolę motywu przewodniego sprawiają wrażenie improwizacji, z której dopiero mogłoby się wyłonić coś konkretnego.

Gore daje również popis umiejętności wokalnych, wykonując partię głównego wokalu w kompozycji Clarke’a „Any Second Now (Voices)”. Podtytuł w nawiasie jest znamienny, gdyż pierwotnie kompozycja również była instrumentalna. Dobrze, że Panowie zdecydowali się na dodanie głosu Martina, bez niego ten utwór, pozbawiony rytmicznego pulsu, bazujący jedynie na rzadkich uderzeniach basu Andy’ego Fletchera i wypełniony kolejną mieszaniną dźwięków pozbawionych wyraźnego układu byłby jeszcze nudniejszy niż „Big Muff”. A tak trzyma poziom zarówno wokalnie jak i instrumentalnie.

Album wieńczy trzeci i ostatni singiel z albumu, zarazem jedyny do którego powstał teledysk, „Just Can’t Get Enough”. To słusznie wybrany do promocji albumu, chwytliwy kawałek z wielokrotnie powtarzaną tytułową frazą. Towarzyszący mu obrazek przedstawia zniewieściale wyglądającego Gahana wdrażającego charakterystyczne kroki taneczne, które w późniejszych latach stały się jego znakiem rozpoznawczym oraz podśpiewujących pod nosem Clarke’a, Gore’a i Fletchera przy klawiaturach z przebitkami na cały kwartet siedzący w barze, popijający kolorowe drinki.

„Speak & Spell” to jedna z tych płyt, odnośnie których można by użyć oklepanego stwierdzenia „jak na debiut – w sam raz”. Jak już wspominałem, zarówno Clarke, jak i pozostała trójka na swoje największe sukcesy musiała jeszcze kilka lat poczekać…

6,5/10

Patryk Pawelec
Komentarze